środa, 24 lipca 2013

9.

   Już miałem zacząć dobijać się do łazienki, gdy znów usłyszałem natarczywe łomotanie do drzwi. Rozwścieczony otworzyłem je na oścież, stając twarzą w twarz z równie zdenerwowaną kobietą. Kiedy tylko mnie zobaczyła, zaczęła krzyczeć i wymachiwać rękami. Ze względu na nieznajomość języka, z jej paplaniny wyłapywałem tylko pojedyncze słowa, takie jak „hałas”, „noc” i „spanie”. Ledwo się powstrzymując przed wyładowaniem na niej swojej frustracji, grzecznie przeprosiłem ją za zamieszanie, wyprosiłem na korytarz i zamknąłem drzwi.
   Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczony. Miałem już dość tego okropnego dnia, który miał być najszczęśliwszym w moim życiu. Spełniło się moje marzenie, znalazłem brata. Tak, zdecydowanie powinienem być szczęśliwy. Tylko jak mógłbym cieszyć się z tego, że Bill powrócił jako potwór, a ja zraziłem go do siebie, popełniając kolejne błędy? Przez te dwa lata często wyobrażałem sobie dzień, w którym odnajdę mojego bliźniaka. To miał być najpiękniejszy dzień w naszym życiu, który miał zmienić wszystko na lepsze. Tymczasem rzeczywistość okazała się parodią moich wyobrażeń, kpiną, okrutnym żartem. Los sobie z nas zadrwił, a my nie mogliśmy nic zrobić, tylko bezsilnie miotać się w rozpaczy.
   Tak rozmyślając, spróbowałem dostać się do łazienki. Tak jak sądziłem, drzwi były zamknięte, a ja nie miałem ochoty znowu się użerać z rozżalonym bliźniakiem. Skierowałem więc swoje kroki w stronę sypialni. Ułożyłem się wygodnie w łóżku i przykryłem się kołdrą, jednak coś boleśnie uwierało mnie w plecy. Podniosłem się i ujrzałem te obrzydliwe bandaże, które jeszcze niedawno okrywały głowę bliźniaka. Odrzuciłem je ze wstrętem. Te paskudztwa przypomniały mi to wszystko, o czym tak bardzo pragnąłem zapomnieć, przynajmniej na chwilę. Podciągnąłem kołdrę pod brodę i wtuliłem policzek w miękką poduszkę. „Dobranoc, Billy” – szepnąłem tylko i zapadłem w sen.

   Pokój był pogrążony w ciemności. Przekręciłem się na plecy i poprawiłem poduszki. Dopiero po dłuższej chwili poczułem przenikający chłód i zorientowałem się, że okrywająca mnie wcześniej kołdra gdzieś się zawieruszyła. Zaniepokojony podniosłem się i zacząłem nerwowo przeszukiwać podłogę. Nigdzie nie mogłem jej znaleźć. Do tego pod palcami wyczuwałem zimne, kamienne płyty, w pomieszczeniu nie było też okna. Gdzie ja jestem?! Jednak nie zdążyłem dojść do żadnego wniosku, bo usłyszałem zbliżające się kroki.    Spanikowany ułożyłem się z powrotem na łóżku, modląc się, żeby zliżająca się osoba nie miała wobec mnie niecnych zamiarów.
   Kroki dobiegały z coraz mniejszej odległości. Wreszcie poczułem ruch powietrza na mojej twarzy i wiedziałem, że tajemnicza postać znajduje się już w pokoju. Byłem cały spocony, ręce mi drżały… Ale nie mogłem się poruszyć, dać znaku życia. Lekko uchyliłem powieki i zauważyłem, że pomieszczenie rozświetlały teraz pochodnie. Przeżyłem ogromny wstrząs. Miejsce, w którym się znajdowałem, wcale nie było pokojem hotelowym. Wyglądało jak… jak grobowiec.
   Wstrząsnął mną dreszcz. Musiałem, po prostu musiałem stąd uciec. Tylko dokąd? Poza tym nie wiedziałem, kim jest osoba przebywająca ze mną w tym pomieszczeniu i do czego jest zdolna. Leżałem więc tylko i z przerażeniem oczekiwałem na dalszy rozwój wydarzeń. Nie trwało to długo. Już po chwili usłyszałem głos tajemniczej postaci, który wydawał się być dziwnie znajomy.
   - Otwórz oczy. Wiem, że nie śpisz.
   Cholera.
   - Kim jesteś i co tutaj robisz? – wyjąkałem przerażony.
   - A jak myślisz? – Wtedy otworzyłem oczy i ujrzałem wysoką istotę, przyobleczoną w ciasno splecione bandaże. Z trudem powstrzymałem się, żeby nie zacząć krzyczeć. Znajdowałem się w obcym miejscu, sam na sam z potworem, którego zamiary wciąż nie były dla mnie jasne. Do czasu.
   Mój koszmar zbliżył się do mnie i jednym szybkim ruchem podciągnął moją koszulkę. W jego ręce błysnęło ostre narzędzie. Przełknąłem ciężko ślinę.
   - Co… Co ty robisz? – wyszeptałem przez ściśnięte gardło.
   - Najpierw… – powiedział pieszczotliwie, błądząc ostrzem po moim brzuchu. – Najpierw usunę narządy wewnętrzne. Wytnę wszystko, co niepotrzebne… Kiedy wyschniesz, zawinę cię w bandaże, poddam działaniu czasu… i znów będziemy tacy sami, braciszku.
   - Przecież ja żyję – zaprotestowałem słabo.
   - Nie bój się, będziesz żył już na zawsze. Ze mną.
   Pochylił się nade mną, wyraźnie widziałem jego zniekształconą twarz. Czułem, jak moje serce rozpaczliwie kołacze się w piersi. To nie może dziać się naprawdę. Niech ten koszmar już się skończy, błagam, niech to będzie koniec…
   Jego palce dotknęły mojego policzka. Zadrżałem.
   - NIEEEEEEEEEEEE! – krzyknąłem jeszcze, a później cały świat utonął w ciemności. 


   Poczułem na twarzy promienie słońca. Odetchnąłem z ulgą. Spotkanie z moim bratem – mumią okazało się tylko złym snem, właściwie dość zabawnym. Bill – mumią? Śmieszne, muszę mu to opowiedzieć, kiedy się obudzi. Ze wszystkimi szczegółami, takimi jak jego ataki histerii po utracie urody. Mój Boże, dawno nie miałem takiego długiego snu…
   Już miałem zamiar się podnieść, gdy poczułem czyjś dotyk na mojej twarzy. Przypomniał mi się potwór ze snu. Po moim kręgosłupie przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nie, to nie może być prawda! Otworzyłem oczy i natychmiast je zamknąłem. On tam był! Potwór z mojego koszmaru! Ponownie uchyliłem powieki, żeby się upewnić, czy to dzieje się naprawdę, czy też może wyobraźnia płata mi figle. Niestety, okazało się, że to najprawdziwsza rzeczywistość. Na moim łóżku siedzi prawdziwe monstrum. Z całej siły odepchnąłem rękę stwora, modląc się, żeby nie zrobił mi krzywdy.
   - Co ty odwalasz, Tom? To boli, cholernie boli! I złamałeś mi resztki paznokci! Moich ko – kochaaa… kochaanych p – p – paznokci!
   Bill?! A więc… To wszystko… To wszystko rzeczywiście się wydarzyło?!
   Jestem na dobrej drodze do popadnięcia w zaawansowaną chorobę psychiczną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz