Udało mi się
znaleźć jeden kawałek potłuczonego lustra, który był wystarczająco duży, żebym
mógł się w nim poprzeglądać, a który teraz był raczej niezbyt pomocny, bo to co
w nim zobaczyłem, po raz kolejny mnie zdenerwowało i… No, moje siedem lat
nieszczęść jest i tak pewne i niepodważalne. Bo kogo ja oczaruję z takim
wyglądem?
Gdy nad
ranem wyszedłem z łazienki, nie miałem na sobie już żadnych bandaży. Widząc, że
Tom śpi, podkradłem się do łóżka i pociągnąłem w swoją stronę leżącą pod nim
torbę podróżną.
– Więc gust
mojego brata nadal się nie zmienił – westchnąłem, ze zrezygnowaniem chwytając w
ręce kolejne, kompletnie nie w moim niesamowicie idealnym stylu, szerokie
bluzki, olbrzymie bluzy i workowate spodnie i rzucając je na podłogę. – Horror.
Za taki brak wyczucia stylu powinni zamykać w więzieniu. I w co ja mam się
ubrać? – jęknąłem, ale ostatecznie wybrałem coś z kolorowego stosu ubrań i zasłoniłem
tyle mojego biednego, zniszczonego ciałka, ile się tylko dało. Teraz trzeba
było tylko czekać, aż Tom się obudzi. No, właśnie…
Tom… Czy on
nie może spać spokojnie? Musi się tak szamotać w tej pościeli? Ale dobra,
nieważne. Niech śpi. Ja i tak nie mam zamiaru się kłaść. Zgarnąłem z podłogi
resztę ubrań i nie trudząc się ich składaniem, wrzuciłem wszystkie z powrotem
do torby. Może bliźniak odpuści sobie torturowanie świata noszeniem ich, jeśli
będą pogniecione? Prawdopodobnie nie. Dla tego ignoranta nie ma już żadnej
nadziei. Szkoda. Leżące obok łóżka bandaże powędrowały do kosza na śmieci i,
jako że nie miałem nic innego do roboty, usiadłem na pościeli obok brata,
któremu właśnie zebrało się na krzyki. Myślałby kto, że to jego życie jest
koszmarem.
Dotknąłem
wierzchem dłoni jego policzka. Dobrze, że nie miał zarostu, bo jak nic
poraniłbym moją delikatną skórę. A ja ją sobie bardzo ceniłem. I guzik mnie
obchodzi, że ma teraz ten wstrętny pergaminowy kolor i całą masę przebarwień.
Już ja się postaram, żeby z mojego pięknego ciałka zniknęły te wszystkie
okropności. I paznokietki nowe wyhoduję i kupię coś na porost włosów… Ówczesna
medycyna i kosmetyka z całą pewnością potrafi to zrobić. A jeśli nie… Zawsze
można mieść z powierzchni Ziemi wszystkich ludzi, prawda? I nie będę się musiał
wstydzić. O!
Obudził się.
Tak po prostu. Nie otworzył oczu, ale jego wrzaski nagle się urwały. A może to
ja ogłuchłem? Och, nie! To całkiem prawdopodobne! Po tysiącach lat ciszy taki
szok z całą pewnością wykończył moje bębenki! Pięknie! Teraz jestem w dodatku
głuchy! Głuchy, łysy… O czymś zapomniałem? Ach, o paznokciach! Czy może być
gorzej? Moje lata nieszczęść zaczęły się od wielkiego BUM! Zastanawiam się, czy
Tom będzie miał dość szarych komórek, żeby nauczyć się ze mną migowego, czy
będę musiał czytać z ruchu warg.
Ale nie. To
jednak bliźniak się obudził. Otworzył oczy i natychmiast je zamknął. Dopiero po
kilku sekundach spojrzał na mnie ze strachem, a potem… Boli, boli, boli!
Zacząłem się po nim wydzierać. Jak on śmiał uszkodzić moje kochane paznokcie
jeszcze bardziej?! Teraz już na pewno nie odrosną! I będę musiał pozbyć się
wszystkich ludzi. A Toma w pierwszej kolejności. Za to jego bestialskie
zachowanie! Boli, boli, boli…
– Bill…
– A wypchaj
się! – Obrażony, odwróciłem się do niego plecami.
– Śniłeś mi
się. Dlatego tak zareagowałem…
– O,
cudownie! Dzięki za przypomnienie, że jestem szkaradą!
– To nie
tak, przecież wiesz… – Położył rękę na moim ramieniu, ale ją straciłem.
– Daj. Mi.
Spokój. Zrozumiałeś?! Popatrz, jak ja wyglądam! Nie możesz pozwolić, żebym się
trochę poużalał nad sobą?!
– Ale
przecież nie jest tak źle. Spójrz, nadal masz swoją figurę idealnej modelki i…
– zająknął się – i…
– No,
właśnie?! Co ja mam więcej?! W tym materialistycznym świecie nie mam szans zaistnieć,
nie rozumiesz?!
– Bill…
– Wracajmy
do Niemiec, do cywilizacji – odburknąłem. – Może tam jakoś uda się mi naprawić
to, co te twoje głupie ambicje o eksperymentowaniu zniszczyły.
– Moje?! Z
tego co pamiętam, to był wspólny pomysł!
– Zamknij
się! – wrzasnąłem. Wiedziałem, że miał rację, ale musiałem na kogoś zrzucić
winę. – Lepiej się zbieraj. Nie mam zamiaru gnić na tym pustkowiu przez kolejny
tysiąc lat!
Usłyszałem
jak wzdycha, ale podporządkował mi się i sięgnął do swojej torby po ubrania.
– Nie wiem
jak ty, ale ja muszę coś zjeść przed wyjazdem. Nie mam pojęcia, czy takie…
poczwary, jak ty mogą jeść. – Zabolało. Mimo że wiedziałem, że jest zły i
będzie chciał mnie zranić, nie byłem na to gotowy. – Wątpię, żebyś miał jeszcze
cokolwiek w środku. Może wypchali cię trocinami?
– Tom! –
zawołałem płaczliwie.
– O nie! Coś
ty zrobił z moimi ubraniami?! – wrzasnął, a ja uciekłem do łazienki i zamknąłem
się w niej. Przez następne pół godziny słyszałem tylko ciche przekleństwa:
najpierw pod moim, potem jego adresem.
Siedziałem
sobie grzecznie na podłodze i wrzucałem kawałki szkła leżące na podłodze do
kosza, gdy usłyszałem ciche pukanie.
– Bill? Mogę
wejść? – Drzwi uchyliły się do środka i pojawiła się głowa Toma.
– Naprawdę
myślisz, że mam tu – wskazałem ręką na swój brzuch – trociny? – Nie chciałem
być wypchany jak jakieś zwierzę.
– Nie wiem –
odpowiedział zmartwiony bliźniak. – Ale możemy to sprawdzić. – Zobaczyłem
oczami wyobraźni, jak Tom podnosi kawałek stłuczonego lustra, błyska mi nim po
oczach, żeby mnie oślepić i zdezorientować, a potem… CIACH w mój brzuch… I lecą
trociny… Brr… Wstrząsnął mną dreszcz na samą myśl o takim rozwiązaniu i
zacząłem kręcić głową, a wokół posypały się na podłogę czarne włosy. –
Wystarczy, że wrócimy na kilka minut do grobowca… W specjalnych urnach są na
ogół ukryte wszystkie ważne narządy… Nie chcesz wiedzieć?
W Tomie
obudził się instynkt odkrywcy. Znowu. Do diabła z tym!
– Śniadanie
jesz przed czy po wycieczce? – zapytałem zrezygnowany i zarzuciłem na głowę
kaptur bluzy, a ręce włożyłem do kieszeni. – A na przyszłość… Nie bój się mnie.
Nie mam zamiaru cię zabijać. Jeszcze nie. – Położyłem dłoń na jego policzku, a
on odskoczył.
– Au!
Ukłułeś mnie!
– Niby czym?
– Spojrzałem na swoje paznokcie. – Ach…
– Nie, pokaż
łapę. – Chwycił mocno moją dłoń i wykręcił ją wewnętrzną stroną do góry.
Otworzyłem szerzej oczy, widząc, co tam tkwiło, a czego ja wcale nie
zauważyłem. Kawałek lustra, nieduży, bo miał ledwie pół centymetra, wbił mi się
w skórę zaraz pod palcem wskazującym. – Oł… Myślisz, że to trzeba odkazić?
– Nie. –
Zabrałem rękę. Pięknie! Już nawet nie będę mógł się zarumienić, bo wyparowała
ze mnie cała krew!
Tom wyjął
odłamek z mojej dłoni i wyrzucił go do kosza.
– Chodź, nie
marnujmy więcej czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz