Wybiegłem z pokoju, ale już po kilku krokach poczułem, że coś pociągnęło
mnie do tyłu za rękaw. Nie mogłem się przesunąć nawet kawałek do przodu.
– Puszczaj mnie! – wrzasnąłem, odwracając się do tyłu. No pięknie,
Bill! Teraz będziesz jeszcze z klamkami gadał! Trzeba być chorym na umyśle,
żeby krzyczeć na rzeczy nieożywione, które i tak nie zrobią tego, czego od nich
chcesz. Sapnąłem i z całych sił szarpnąłem lewą ręką. W jednej chwili
usłyszałem trzy dźwięki: krzyk Toma, kilka metrów za mną, mówiącego, żebym się
nie ruszał, odgłos dartego materiału i dziwne ni to chrupnięcie, ni zgrzyt,
które dołączyły do głosu bliźniaka sekundę później. I ból, jakby ktoś odrywał
moją rękę od reszty ciała. Co ja wampir jakiś?! Rozerwać i spalić?! Do cholery,
mumią jestem, nie wampirem! Mumie mają być zakonserwowane i zamknięte w muzeum,
żeby nikt ich nie uszkodził. To dobra kultury starożytnej! Dziedzictwo
ludzkości! O! Jaki ja jestem ważny! Jakim więc prawem ta cholerna klamka
próbuje mnie rozerwać na strzępy?! Odwróciłem się w jej stronę z mordem w
oczach(moje spojrzenie z całą pewnością by ją zabiło!), ale Tom, który podszedł
niewiadomo kiedy, przesłonił mi widok dłonią.
– Nie patrz, Bill. Ktoś to naprawi.
– Hydraulik?! – zakpiłem, odtrącając brata i bojąc się spojrzeć na
swoje ramię, które zamiast boleć, dla odmiany postanowiło, że wcale nie będzie
dawało znaków życia. O ile cokolwiek w tak definitywnie martwym stworzeniu jak
ja można nazwać żywym. – Nie czuję ręki – oznajmiłem ze strachem. – Tom,
powiedz, że nie odpadła zupełnie…
– Nie… – powiedział z niepewną miną. Widać było, że najchętniej
natychmiast by się stąd ulotnił.
– Nie, nie odpadła? Czy nie, nie powiesz? – dopytywałem cichym, drżącym
głosem, bojąc się usłyszeć odpowiedź.
Tom przejechał dłonią po moim ramieniu(krzywiąc się przy tym
niemiłosiernie) i przełknął głośno ślinę, a mi wydawało się, że echo tego
dźwięku niosło się przez kilka kolejnych sekund absolutnej ciszy po całym
hotelu.
– Nie wiem – wyszeptał, unikając mojego wzroku, jakby bał się podzielić
swoimi przypuszczeniami. Czyli było aż tak źle? Och! Jestem kaleką! To prawie
tak straszne jak to, że jestem łysy! Biedny, biedny, biedny Bill. Taki byłem
piękny, taki kochany… A kto pokocha taką niesymetryczną pokrakę bez jednej
ręki?! Och! No kto mnie teraz będzie podziwiał?! Ja chcę, żeby ten koszmar się
skończył! Zabijcie mnie! Błagam, zabijcie! Aaa… Zapomniałem! Ja już jestem
martwy! Och… Nie wolno mi nawet umrzeć! I niby po co ja mam żyć? Przecież ten
brak symetrii odbierze mi mój cały seksapil! Och! Jak ja będę chodził teraz?
Jak mam kręcić moim zgrabnym tyłkiem? Przecież to jest niewykonalne bez jednej
ręki! Bez mojej symetrii! Gdzie się podzieje moja równowaga! Och! I kto teraz
pocieszy biednego Billa? No kto? Niech mnie ktoś przytuli! – Wróć do pokoju.
Zdejmiemy bluzę i zobaczymy, co się stało – zaproponował Tom(który wcale nie
czuł się w obowiązku, żeby mnie przytulić i pocieszyć! Wredny, wredny, wredny,
ZŁY BLIŹNIAK!) i odsunął sie ode mnie.
Dopiero teraz odważyłem się przyjrzeć ręce. Lewe ramię było opadnięte,
a rękaw zaczepiony na klamce drzwi sąsiedniego pokoju. Napiąłem mięśnie,
próbując poruszyć kończyną, ale nic się nie stało. Walcząc z własnymi myślami o
zachowanie zimnej krwi(jakbym ją w ogóle miał…), zaciskając palce prawej ręki
na nadgarstku lewej(żeby się przypadkiem nie wysunęła z rękawa i nie upadła na
podłogę), podreptałem za bliźniakiem w stronę otwartych drzwi, które
zatrzasnęły się przed moim nosem tak, ze uderzyłem w nie czołem i zatoczyłem
się do tyłu, lądując na lewym boku, czemu towarzyszył chrupiący odgłos, gdy
uszkodzona ręka ułożyła się pod dziwnym kątem.
– Cholera – syknąłem, znowu czując w niej ból.
Drzwi uchyliły się do wewnątrz i wyjrzał zza nich Tom.
– Bill, przepraszam. Odzwyczaiłem się od przytrzymywania komukolwiek
drzwi – tłumaczył się, wzruszając przy tym ramionami, jakby chciał powiedzieć:
„tak po prostu jest i nie masz się co czepiać”.
– Zapomniałeś o mnie i jeszcze masz czelność się do tego przyznawać?! –
wrzasnąłem oburzony i zacząłem syczeć z bólu. Natychmiast po moim krzyku, na
oścież otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, a zza futryny wychylił się
łysiejący mężczyzna, który musiał mieć koło pięćdziesiątki, a który miał kaprys
nam przeszkadzać. – Czego?! – Spiorunowałem go wyrokiem, na co on, z otwartymi
szeroko ze strachu oczami, wrócił do siebie. Usłyszałem kliknięcie zamka.
Spojrzałem z nienawiścią na klamkę, podszedłem do drzwi, zamachnąłem się nogą…
– Zrobisz sobie krzywdę, Bill! – Tom objął mnie od tyłu i pociągnął na
siebie, co przyniosło taki skutek, że obaj wylądowaliśmy na podłodze. Bliźniak
robił mi za warstwę ochronną przed kolejnymi uszkodzeniami, więc przetoczyłem
się na bok i, leżąc brzuchem na podłodze, wyszczerzyłem się do niego z
wdzięcznością, odsłaniając wszystkie zęby i prezentując jeden z moich
najlepszych uśmiechów(a są w ogóle brzydkie uśmiechy w moim wykonaniu? Nie,
chyba nie ma…), czyli numer osiem, który mówił: „może jednak cię nie zabiję”.
A ten idiota, zamiast go podziwiać, wolał odwrócić wzrok, w którym
błysnęło coś na kształt strachu i obrzydzenia. To ja mu swoją łaskę okazuję, a
ten ucieka do pokoju?! Swoimi olśniewająco białymi zębami go raczę, a on śmie
nie patrzeć?! Hm, może coś mi się przylepiło do dziąseł? Idąc jego śladem,
podniosłem się z podłogi i wróciłem do środka. Tym razem pamiętał o
przytrzymaniu dla mnie drzwi.
– I tak ma być – mruknąłem pod nosem, mijając go, a moje biedne czoło
było zadowolone, bo nie przybyło mu guzów. – Może jeszcze będą z ciebie ludzie…
Podszedłem do łóżka i… przewróciłem się na nie. Kto postawił tu te
wazy?! O, ja biedny… Ciągle ktoś próbuje mnie zabić. I nagle pomyślałem, że
przecież już jestem martwy, co poskutkowało tym, że zacząłem uderzać pięściami
w poduszki, wcale nie przejmując się tym, co stało się z moją ręką na
korytarzu. Poczułem palce zaciskające się na obu moich nadgarstkach i po chwili
leżałem nieruchomo, patrząc w sufit, a Tom siedział obok, przy moim lewym boku
i szeptał uspokajające słowa, które raczej nie pomagały. Bo co niby może być
niby lepiej? O, albo jakim cudem mogło być jeszcze gorzej? Zadałem to pytanie
głośno, a brat spojrzał na mnie spłoszony.
– Mogłeś… mogłeś… Wiem! – Uśmiechnął się z wyższością. – Mogłeś wpaść
pod tramwaj! Gdybyś nie zaczepił się o tą klamkę, wybiegłbyś na zewnątrz i…
– Tak, Tom, tramwaje w Egipcie. – Zaśmiałem się. – Ty już lepiej nie
myśl. Powiedz lepiej, gdzie tu można coś zjeść.
– Chcesz jeść? Możesz? – zdziwił się.
– Nie ja, głąbie. Ty. Pewnie już dawno zgłodniałeś.
– Tak… Prawdę mówiąc, kilka godzin temu. Na dole jest jadalnia. Ale
najpierw zobaczymy, co z twoją ręką. Możesz usiąść? – Zrobiłem, o co prosił, a
on zdjął ze mnie bluzę i jedną z jego mniej luźnych koszulek. Przyjrzał się
dokładnie mojemu ramieniu. Dzięki Bogu, ręka nadal była tam, gdzie powinna,
czyli przyczepiona do mojego ciała. – Możesz nią poruszyć? – Nie było z tym
problemu. Brat kawałek po kawałku dotykał mojego ramienia i sprawdzał, czy
wszystko jest na swoim miejscu.
– Znasz się na tym? – zapytałem, marszcząc brwi, które na szczęście NIE
wypadły całkowicie.
– Eee… Nie. Ale raczej zauważyłbym, gdyby coś było nie tak, prawda? –
dodał szybko.
– A ty myślisz, że po co lekarze się uczą medycyny? Żeby każdy potrafił
robić to co oni?
– Wydaje mi się, że wszystko w porządku, ale przysiągłbym, że wcześniej
tak nie było – powiedział, nie zwracając uwagi na moje słowa. – Myślisz, że gdy
upadłeś, kość sama wskoczyła na odpowiednie miejsce?
Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
– Szare komórki od ciebie uciekają, Tom. Lepiej idź coś zjeść. Nie ma
sensu, żebym szedł z tobą i ludzi straszył – jęczałem, przyglądając się moim
szponom. Brr… Jak niby miałbym się z czymś takim pokazać przy stole?
Właściwie w pokoju nie było za dużo do zrobienia, bo bliźniak prawie
wszystko trzymał w torbie. Jednej! Wyobrażacie sobie?! Ja bym nie potrafił tak
zaniedbać swojej garderoby.
Gdy pół godziny później Tom wrócił, wszystko już czekało, gotowe, żeby
zanieść to do samochodu. Tylko nie wiedziałem, co zrobić z tymi urnami. Mówiłem
już, że bliźniak wziął zbyt małą torbę?
– A musimy to w ogóle brać ze sobą? – zapytał brat, wiążąc z tylu
warkocze gumką, żeby mu nie przeszkadzały i zarzucając pasek torby na ramię.
– To część mnie! Chcesz mnie tu zostawić? – On tego naprawdę nie
rozumie?
– Ale przecież te narządy nie są ci już potrzebne! Nie używasz ich!
A jednak. Bill, czas pożegnać się z człowieczeństwem na dobre. Zawsze
już będziesz wypchany trocinami. Było mi teraz tak smutno, że najchętniej bym
się rozpłakał, ale nie miałem czym. Zamiast tego uklęknąłem przed pierwszym z
glinianych naczyń i przytuliłem się do niego. Głaskałem je pieszczotliwie,
mając nadzieję, że mój żołądek w nim ukryty będzie mnie wspominał jak
najlepiej, tak jak ja jego, bo był naprawdę cudowny. Dzięki niemu mogłem jeść
to, co lubiłem w dowolnych ilościach, a on wszystko pięknie trawił i dbał o
moją figurę.
– Żegnaj, kochanie – wyszeptałem, uchylając pokrywkę, a potem zamknąłem
je z powrotem i czule poklepałem.
Przyszła kolej na mózg ukryty w urnie z pokrywką w kształcie ludzkiej
głowy. Och, on też był moim przyjacielem. Byłem taki cudownie mądry! Taki
błyskotliwy! A teraz mój poziom inteligencji zapewne obniży się do takiego stadium,
jakie prezentuje sobą Tom. Pewnie jeszcze dojdzie do tego daltonizm i
dysleksja! O, i ADHD! I Nie wspominając już o wrodzonym debilizmie! Życie jest
takie niesprawiedliwe!
Pogładziłem naczynie i przesunąłem się dalej.
– Och! Dobra, Bill! Niech ci będzie! – westchnął wreszcie bliźniak za
moimi plecami. – Tylko nie wiem, jak chcesz to przewieźć, bo zabytków bez
zezwolenia nie można wywozić poza granice Egiptu.
Ups…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz