środa, 24 lipca 2013

12

Wybiegłem z pokoju, ale już po kilku krokach poczułem, że coś pociągnęło mnie do tyłu za rękaw. Nie mogłem się przesunąć nawet kawałek do przodu.
– Puszczaj mnie! – wrzasnąłem, odwracając się do tyłu. No pięknie, Bill! Teraz będziesz jeszcze z klamkami gadał! Trzeba być chorym na umyśle, żeby krzyczeć na rzeczy nieożywione, które i tak nie zrobią tego, czego od nich chcesz. Sapnąłem i z całych sił szarpnąłem lewą ręką. W jednej chwili usłyszałem trzy dźwięki: krzyk Toma, kilka metrów za mną, mówiącego, żebym się nie ruszał, odgłos dartego materiału i dziwne ni to chrupnięcie, ni zgrzyt, które dołączyły do głosu bliźniaka sekundę później. I ból, jakby ktoś odrywał moją rękę od reszty ciała. Co ja wampir jakiś?! Rozerwać i spalić?! Do cholery, mumią jestem, nie wampirem! Mumie mają być zakonserwowane i zamknięte w muzeum, żeby nikt ich nie uszkodził. To dobra kultury starożytnej! Dziedzictwo ludzkości! O! Jaki ja jestem ważny! Jakim więc prawem ta cholerna klamka próbuje mnie rozerwać na strzępy?! Odwróciłem się w jej stronę z mordem w oczach(moje spojrzenie z całą pewnością by ją zabiło!), ale Tom, który podszedł niewiadomo kiedy, przesłonił mi widok dłonią.
– Nie patrz, Bill. Ktoś to naprawi.
– Hydraulik?! – zakpiłem, odtrącając brata i bojąc się spojrzeć na swoje ramię, które zamiast boleć, dla odmiany postanowiło, że wcale nie będzie dawało znaków życia. O ile cokolwiek w tak definitywnie martwym stworzeniu jak ja można nazwać żywym. – Nie czuję ręki – oznajmiłem ze strachem. – Tom, powiedz, że nie odpadła zupełnie…
– Nie… – powiedział z niepewną miną. Widać było, że najchętniej natychmiast by się stąd ulotnił.
– Nie, nie odpadła? Czy nie, nie powiesz? – dopytywałem cichym, drżącym głosem, bojąc się usłyszeć odpowiedź.
Tom przejechał dłonią po moim ramieniu(krzywiąc się przy tym niemiłosiernie) i przełknął głośno ślinę, a mi wydawało się, że echo tego dźwięku niosło się przez kilka kolejnych sekund absolutnej ciszy po całym hotelu.
– Nie wiem – wyszeptał, unikając mojego wzroku, jakby bał się podzielić swoimi przypuszczeniami. Czyli było aż tak źle? Och! Jestem kaleką! To prawie tak straszne jak to, że jestem łysy! Biedny, biedny, biedny Bill. Taki byłem piękny, taki kochany… A kto pokocha taką niesymetryczną pokrakę bez jednej ręki?! Och! No kto mnie teraz będzie podziwiał?! Ja chcę, żeby ten koszmar się skończył! Zabijcie mnie! Błagam, zabijcie! Aaa… Zapomniałem! Ja już jestem martwy! Och… Nie wolno mi nawet umrzeć! I niby po co ja mam żyć? Przecież ten brak symetrii odbierze mi mój cały seksapil! Och! Jak ja będę chodził teraz? Jak mam kręcić moim zgrabnym tyłkiem? Przecież to jest niewykonalne bez jednej ręki! Bez mojej symetrii! Gdzie się podzieje moja równowaga! Och! I kto teraz pocieszy biednego Billa? No kto? Niech mnie ktoś przytuli! – Wróć do pokoju. Zdejmiemy bluzę i zobaczymy, co się stało – zaproponował Tom(który wcale nie czuł się w obowiązku, żeby mnie przytulić i pocieszyć! Wredny, wredny, wredny, ZŁY BLIŹNIAK!) i odsunął sie ode mnie.
Dopiero teraz odważyłem się przyjrzeć ręce. Lewe ramię było opadnięte, a rękaw zaczepiony na klamce drzwi sąsiedniego pokoju. Napiąłem mięśnie, próbując poruszyć kończyną, ale nic się nie stało. Walcząc z własnymi myślami o zachowanie zimnej krwi(jakbym ją w ogóle miał…), zaciskając palce prawej ręki na nadgarstku lewej(żeby się przypadkiem nie wysunęła z rękawa i nie upadła na podłogę), podreptałem za bliźniakiem w stronę otwartych drzwi, które zatrzasnęły się przed moim nosem tak, ze uderzyłem w nie czołem i zatoczyłem się do tyłu, lądując na lewym boku, czemu towarzyszył chrupiący odgłos, gdy uszkodzona ręka ułożyła się pod dziwnym kątem.
– Cholera – syknąłem, znowu czując w niej ból.
Drzwi uchyliły się do wewnątrz i wyjrzał zza nich Tom.
– Bill, przepraszam. Odzwyczaiłem się od przytrzymywania komukolwiek drzwi – tłumaczył się, wzruszając przy tym ramionami, jakby chciał powiedzieć: „tak po prostu jest i nie masz się co czepiać”.
– Zapomniałeś o mnie i jeszcze masz czelność się do tego przyznawać?! – wrzasnąłem oburzony i zacząłem syczeć z bólu. Natychmiast po moim krzyku, na oścież otworzyły się drzwi sąsiedniego pokoju, a zza futryny wychylił się łysiejący mężczyzna, który musiał mieć koło pięćdziesiątki, a który miał kaprys nam przeszkadzać. – Czego?! – Spiorunowałem go wyrokiem, na co on, z otwartymi szeroko ze strachu oczami, wrócił do siebie. Usłyszałem kliknięcie zamka. Spojrzałem z nienawiścią na klamkę, podszedłem do drzwi, zamachnąłem się nogą…
– Zrobisz sobie krzywdę, Bill! – Tom objął mnie od tyłu i pociągnął na siebie, co przyniosło taki skutek, że obaj wylądowaliśmy na podłodze. Bliźniak robił mi za warstwę ochronną przed kolejnymi uszkodzeniami, więc przetoczyłem się na bok i, leżąc brzuchem na podłodze, wyszczerzyłem się do niego z wdzięcznością, odsłaniając wszystkie zęby i prezentując jeden z moich najlepszych uśmiechów(a są w ogóle brzydkie uśmiechy w moim wykonaniu? Nie, chyba nie ma…), czyli numer osiem, który mówił: „może jednak cię nie zabiję”.
A ten idiota, zamiast go podziwiać, wolał odwrócić wzrok, w którym błysnęło coś na kształt strachu i obrzydzenia. To ja mu swoją łaskę okazuję, a ten ucieka do pokoju?! Swoimi olśniewająco białymi zębami go raczę, a on śmie nie patrzeć?! Hm, może coś mi się przylepiło do dziąseł? Idąc jego śladem, podniosłem się z podłogi i wróciłem do środka. Tym razem pamiętał o przytrzymaniu dla mnie drzwi.
– I tak ma być – mruknąłem pod nosem, mijając go, a moje biedne czoło było zadowolone, bo nie przybyło mu guzów. – Może jeszcze będą z ciebie ludzie…
Podszedłem do łóżka i… przewróciłem się na nie. Kto postawił tu te wazy?! O, ja biedny… Ciągle ktoś próbuje mnie zabić. I nagle pomyślałem, że przecież już jestem martwy, co poskutkowało tym, że zacząłem uderzać pięściami w poduszki, wcale nie przejmując się tym, co stało się z moją ręką na korytarzu. Poczułem palce zaciskające się na obu moich nadgarstkach i po chwili leżałem nieruchomo, patrząc w sufit, a Tom siedział obok, przy moim lewym boku i szeptał uspokajające słowa, które raczej nie pomagały. Bo co niby może być niby lepiej? O, albo jakim cudem mogło być jeszcze gorzej? Zadałem to pytanie głośno, a brat spojrzał na mnie spłoszony.
– Mogłeś… mogłeś… Wiem! – Uśmiechnął się z wyższością. – Mogłeś wpaść pod tramwaj! Gdybyś nie zaczepił się o tą klamkę, wybiegłbyś na zewnątrz i…
– Tak, Tom, tramwaje w Egipcie. – Zaśmiałem się. – Ty już lepiej nie myśl. Powiedz lepiej, gdzie tu można coś zjeść.
– Chcesz jeść? Możesz? – zdziwił się.
– Nie ja, głąbie. Ty. Pewnie już dawno zgłodniałeś.
– Tak… Prawdę mówiąc, kilka godzin temu. Na dole jest jadalnia. Ale najpierw zobaczymy, co z twoją ręką. Możesz usiąść? – Zrobiłem, o co prosił, a on zdjął ze mnie bluzę i jedną z jego mniej luźnych koszulek. Przyjrzał się dokładnie mojemu ramieniu. Dzięki Bogu, ręka nadal była tam, gdzie powinna, czyli przyczepiona do mojego ciała. – Możesz nią poruszyć? – Nie było z tym problemu. Brat kawałek po kawałku dotykał mojego ramienia i sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu.
– Znasz się na tym? – zapytałem, marszcząc brwi, które na szczęście NIE wypadły całkowicie.
– Eee… Nie. Ale raczej zauważyłbym, gdyby coś było nie tak, prawda? – dodał szybko.
– A ty myślisz, że po co lekarze się uczą medycyny? Żeby każdy potrafił robić to co oni?
– Wydaje mi się, że wszystko w porządku, ale przysiągłbym, że wcześniej tak nie było – powiedział, nie zwracając uwagi na moje słowa. – Myślisz, że gdy upadłeś, kość sama wskoczyła na odpowiednie miejsce?
Popatrzyłem na niego jak na idiotę.
– Szare komórki od ciebie uciekają, Tom. Lepiej idź coś zjeść. Nie ma sensu, żebym szedł z tobą i ludzi straszył – jęczałem, przyglądając się moim szponom. Brr… Jak niby miałbym się z czymś takim pokazać przy stole?
Właściwie w pokoju nie było za dużo do zrobienia, bo bliźniak prawie wszystko trzymał w torbie. Jednej! Wyobrażacie sobie?! Ja bym nie potrafił tak zaniedbać swojej garderoby.
Gdy pół godziny później Tom wrócił, wszystko już czekało, gotowe, żeby zanieść to do samochodu. Tylko nie wiedziałem, co zrobić z tymi urnami. Mówiłem już, że bliźniak wziął zbyt małą torbę?
– A musimy to w ogóle brać ze sobą? – zapytał brat, wiążąc z tylu warkocze gumką, żeby mu nie przeszkadzały i zarzucając pasek torby na ramię.
– To część mnie! Chcesz mnie tu zostawić? – On tego naprawdę nie rozumie?
– Ale przecież te narządy nie są ci już potrzebne! Nie używasz ich!
A jednak. Bill, czas pożegnać się z człowieczeństwem na dobre. Zawsze już będziesz wypchany trocinami. Było mi teraz tak smutno, że najchętniej bym się rozpłakał, ale nie miałem czym. Zamiast tego uklęknąłem przed pierwszym z glinianych naczyń i przytuliłem się do niego. Głaskałem je pieszczotliwie, mając nadzieję, że mój żołądek w nim ukryty będzie mnie wspominał jak najlepiej, tak jak ja jego, bo był naprawdę cudowny. Dzięki niemu mogłem jeść to, co lubiłem w dowolnych ilościach, a on wszystko pięknie trawił i dbał o moją figurę.
– Żegnaj, kochanie – wyszeptałem, uchylając pokrywkę, a potem zamknąłem je z powrotem i czule poklepałem.
Przyszła kolej na mózg ukryty w urnie z pokrywką w kształcie ludzkiej głowy. Och, on też był moim przyjacielem. Byłem taki cudownie mądry! Taki błyskotliwy! A teraz mój poziom inteligencji zapewne obniży się do takiego stadium, jakie prezentuje sobą Tom. Pewnie jeszcze dojdzie do tego daltonizm i dysleksja! O, i ADHD! I Nie wspominając już o wrodzonym debilizmie! Życie jest takie niesprawiedliwe!
Pogładziłem naczynie i przesunąłem się dalej.
– Och! Dobra, Bill! Niech ci będzie! – westchnął wreszcie bliźniak za moimi plecami. – Tylko nie wiem, jak chcesz to przewieźć, bo zabytków bez zezwolenia nie można wywozić poza granice Egiptu.
Ups…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz