środa, 24 lipca 2013

17.

    Dzisiejszy dzień niewątpliwie był koszmarem. No, przynajmniej dla mnie. Rozpierający się na tylnym siedzeniu bliźniak wyglądał na szczęśliwego, ale też trochę nadąsanego, chociaż tym razem nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia. Tylko anioł mógłby wytrzymać kontakt ze Smętkiem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale co do tego też nie ma pewności. W sumie… Kiedy jesteś z Billem, niczego nie możesz być pewny. A wyprawa na zakupy to jedna z tych sytuacji, w których mój brat staje się jeszcze bardziej nieprzewidywalny niż zwykle, drastycznie wzrasta też ryzyko zapadnięcia na ciężką chorobę psychiczną bądź zakończenia swojej nędznej egzystencji w wyniku zawału serca.
    Nie mam pojęcia, jakim cudem dałem się wmanewrować w te zakupy. Może brat po prostu wziął mnie na litość. W każdym razie udało mu się. Jak zwykle zresztą. Zaczęło się okropnie. Smętek nie chciał opuścić samochodu, ponieważ „bandaże są niemodne i nie pokaże się w nich na mieście” oraz „wszyscy będą na niego patrzeć”. Jakby nie patrzyli na niego wcześniej, gdy był „zupełnie zwyczajnym chłopakiem, który wcale nie rzucał się w oczy”. W końcu krzykiem zmusił mnie do zatroszczenia się o ubranie, w którym mógłby się pokazać w centrum handlowym, co wcale nie było takie proste. Podczas gdy ja realizowałem czek, bliźniak wytrzasnął skądś różne kolorowe czasopisma, z których miał zamiar dowiedzieć się o nowych trendach. Wyprawiając mnie do sklepu, braciszek nie omieszkał przeprowadzić wykładu na temat najmodniejszych wzorów, krojów i kolorów oraz sklepów, które koniecznie trzeba odwiedzić. Wyłączyłem się już po minucie, czego później przyszło mi żałować. Spojrzenie ekspedientki, którą poprosiłem o „coś modnego w moim rozmiarze”, mówiło wyraźnie, że zupełnie tutaj nie pasuję i nie jestem mile widziany. Musiałem się naprawdę wysilić, żeby uniknąć mierzenia tych koszmarów. Rachunek też nie napawał optymizmem, a byłem aż zanadto świadomy, że to dopiero początek wydatków.
    Oczywiście Bill nie docenił moich starań. Znowu zaczął marudzić. Nawet kiedy zwróciłem mu uwagę, że to ciuchy z najnowszej kolekcji, do tego drogie i sygnowane nazwiskiem znanego projektanta, miał już gotową odpowiedź.
    – Oczywiście, że są modne, ale to nie wystarczy! PRAWDZIWY znawca mody, posiadający SWÓJ WŁASNY STYL wie, że niektórych rzeczy nie powinno się łączyć, a…
    – Ubieraj to, jeśli chcesz dożyć jutra – przerwałem mu brutalnie. Smętek zrobił oburzoną minę, po czym znowu zaczął gadać.
    – Jakbyś nie zauważył, ja już jestem martwy, więc… Zresztą nieważne. Nie będę dyskutował o modzie z takim ignorantem.
    Obraził się. Znowu. Chociaż tym razem było mi to na rękę, w końcu musiałem zregenerować mój zapas cierpliwości. Był on niezbędny, jeżeli chciałem przetrwać zakupy ze Smętkiem.
Tak więc razem z naburmuszonym Smętkiem udałem się do galerii handlowej (na moją nieśmiałą propozycję, że chcę zostać w samochodzie i zaczekać, aż skończy zakupy, odpowiedział wyniośle: „No przecież ktoś musi taszczyć te ubrania!”). Potem zaczęła się gehenna. Odwiedzanie tych wszystkich sklepów, w których wyglądałem jak odszczepieniec i rozmowy z bratem wyglądające mniej więcej tak:
    – Tom, jak wyglądam? Co o tym sądzisz?
    – Jest hmm… ładnie. – Miałem nadzieję, że to komentarz zarazem neutralny i precyzyjny, ale się myliłem.
    – Ładnie czyli jak? Wiesz, to chyba trochę za mało, muszę wyglądać doskonale. Chociaż z drugiej strony ty się nie znasz na modzie i nosisz jakieś koszmarne worki, więc nie powinienem się sugerować twoją opinią.
    Chwila ciszy.
    – A może wyglądam tylko ładnie, bo wybrałem zły kolor? Jak myślisz, w którym kolorze mi lepiej?
    – Eee… w czerwonym. – Wybrałem pierwszy z lewej.
    – W sumie… – Bliźniak ponownie przejrzał się w lustrze. – Wezmę obydwa.
    CO?!
    – Bill, nie możesz kupować każdego ubrania we wszystkich wariantach kolorystycznych… – Bezskutecznie próbowałem wytłumaczyć to bliźniakowi, kiedy wchodziliśmy do kolejnego sklepu.. – Już pojedynczy egzemplarz firmowego ubrania jest bardzo drogi, a jak weźmiesz jeszcze więcej…
    – Tom, mój wygląd jest ważniejszy od wszystkich bogactw tego świata! I to nie jest taki wypad jak kiedyś, gdy wystarczyło kupić tylko kilka par butów, spodni i kilkanaście bluzek, żeby uzupełnić moją kolekcję ciuchów. Ja ją muszę zbudować od zera, nie pojmujesz?
    – Już nie wspomnę o tej stercie prawie nienoszonych ubrań, które trzymasz w domu…
    – One są NIEMODNE, nie mogę ich już nosić. Mam swoją godność, w przeciwieństwie do NIEKTÓRYCH i…
    – Dobra, mniejsza o to. Po prostu my nie mamy pieniędzy na życie, rozumiesz? Jeśli wydasz wszystko, nic nam nie zostanie, a żaden z nas nie ma pracy i nikt nie udzieli nam kredytu. – Z trudem powstrzymywałem się, żeby nie zacząć krzyczeć.
    – To sprzedaj samochód – powiedział tylko lodowatym tonem i oddalił się w stronę wieszaków.
Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę to powiedział. Do tej pory sądziłem, że potrafi myśleć też o nas, nie o sobie, jednak okazało się, że jest zupełnie inaczej. Dla niego chyba naprawdę nic więcej się nie liczyło poza jego paznokciami, ciuchami i fryzurą. Jak mogłem się łudzić, że on zatroszczyłby się o mnie tak, jak ja troszczę się o niego?
    Potrącając innych ludzi, ruszyłem do wyjścia i gdy już miałem opuścić sklep, przede mną nagle pojawił się obładowany ubraniami Smętek.
    – Wiesz, to nie do końca tak, jak myślisz… – Mój brat był nieco… speszony? – Wiem, że ta kupa złomu jest dla ciebie ważna, poza tym przemyślałem to, co powiedziałeś… i postanowiłem zaoszczędzić. Odłożyłem dwie apaszki… – Moja skwaszona mina chyba nie zrobiła na nim wrażenia, bo kontynuował swoją wypowiedź. – …pasek i dwa bardzo modne pierścionki. Do tego mam kartę stałego klienta! Będzie ładny rabacik i może jeszcze jakiś prezent!
    – Sądzisz, że te twoje karty są nadal ważne? Minęły przecież dwa lata.
    – Muszą być. Jak mogliby pozbawić zniżki swojego najlepszego klienta? – Szczerze mówiąc wolałbym, żeby Bill nie był tym najlepszym klientem. Tak byłoby lepiej dla jego konta bankowego. Zwłaszcza teraz. Na pewno po naszym dzisiejszym szaleństwie zostaniemy bez pieniędzy. Chociaż właściwie nie potrafiłem się już gniewać na mojego brata. Może oszczędność w postaci dwóch apaszek nie brzmi imponująco, ale jak na Billa to bardzo wiele. Chyba jednak myliłem się co do niego.
    – Chodźmy teraz do drogerii. Moja zniszczona skóra i biedne paznokietki potrzebują odpowiedniej pielęgnacji…
    Dobrze, nie myliłem się. Po prostu jestem cholernym idiotą.
    Kilka szamponów, balsamów, odżywek, lakierów, pianek, kremów, podkładów, pudrów i innych paskudztw później opuściliśmy galerię lżejsi o… chyba nie wypowiem tej sumy, po prostu muszę ochłonąć. I poważnie zastanowić się nad sobą. Uległem mojemu bratu i to ja będę musiał ponieść tego konsekwencje, bo on dzisiaj pokazał, że jeśli chodzi nasze utrzymanie, on nie kiwnie nawet palcem. Tylko… co właściwie mam zrobić? Sprzedać samochód? Chyba po moim trupie! Znaleźć pracę? Ale jak wtedy znajdę czas na szukanie rozwiązania problemu Billa?
    Nie potrafię pojąć, dlaczego mój bliźniak jest teraz taki szczęśliwy. Przez niego wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej. Dlaczego on zawsze musi tak namieszać w moim życiu?
 Pomimo moich usilnych starań, wciąż nie potrafiłem chociaż na chwilę zapomnieć o naszych nowych problemach.Nadal dręczyła mnie perspektywa utraty całego naszego dobytku i wylądowanie na bruku razem z rozkapryszonym bliźniakiem, do tego zmumifikowanym. Była tylko jedna dobra strona tego sklepowego zamieszania – tymczasowo mogłem liczyć na dobry nastrój Billa, który właśnie okupował łazienkę, podśpiewując coś pod nosem. Udało mi sięwyłapać nieliczne słowa: „paznokietki”, „piękny”, „śliczny”, „przystojny”, „oszałamiający”. Można by pomyśleć, że dawny Bill powrócił. Jednak gdy opuścił łazienkę, złudzenie przepadło. Mumia w kapciach i szlafroku to raczej niecodzienny widok. Jeszcze dodać do tego jakąś maseczkę… i wychodzi z tego dość groteskowy obrazek. Nie wiedziałem, czy mam się bać, czy śmiać, a może współczuć bliźniakowi? Cholera. Jak jedna głupia decyzja mogła całkowicie skomplikować nasze życie?
    Bliźniak tanecznym krokiem przemierzył korytarz, nucąc coś pod nosem. Po chwili jednak nucenie zamieniło się w żałosny skowyt.
    – Bill? Nic ci nie jest? – Podbiegłem do bliźniaka, który cicho jęczał z bólu i rozcierał sobie stopę.
    – Nic, ale mogłem zginąć przez te kamienne paskudztwa! – Posłał wymowne spojrzenie w kierunku urn stojących w kącie korytarza.
    – Co one w ogóle tu robią? Nie miałeś ich przenieść do swojego pokoju?
    – Gdzie tam, nie pasują do wystroju! Ale masz rację, trzeba coś z nimi zrobić. Może zabrać je do twojego pokoju?
    – Nie! – Na myśl o tym aż się wzdrygnąłem. – Nie mógłbym zasnąć, wiedząc, że w pobliżu mojego łóżka znajduje się coś takiego.
    – Jak możesz tak mówić? Przecież to część mnie! – Już miałem znowu zwymyślać obrażalskiego brata, kiedy spostrzegłem coś w rodzaju uśmiechu na jego twarzy. On mnie zwyczajnie podpuszczał!
    – Wcale nie uwierzyłem w to twoje oburzenie. – Chyba to nie wypadło dość przekonująco…
    – Jasne, jasne, okłamuj się dalej – prychnął tylko i… znowu zaczął. – No, dość tego obijania się!
    – Jakiego… – Dobra rada: nigdy nie próbuj wchodzić Billowi w słowo. On i tak zawsze wszystko zrobi po swojemu.
    – Ty już dobrze wiesz, co ja mam na myśli. Ale koniec z tym, bo teraz musimy się wreszcie zatroszczyć o moją urodę. – A co niby robiliśmy przez całe dzisiejsze popołudnie? – Czyli do komputera marsz!
    – Ja mam sprawdzać w internecie, jak robić maseczki i jaką odżywkę do paznokci stosować? Chyba trochę ci odbiło.
    – Jakie maseczki, jakie paznokcie! Jakby to było cokolwiek warte! Mi chodzi o całokształt, czyli jak odwrócić skutki tej całej podróży w czasie.
    – Myślisz, że w internecie wiedzą takie rzeczy? – Uśmiechnąłem się kpiąco. – Na pewno wielu internautów ma bogate doświadczenia z podróżami w czasie.
    – To już nie pamiętasz tego starego przysłowia: „czego nie ma w google, to nie istnieje”? – zapytał bliźniak. Może znowu mnie podpuszcza? Ciężko rozpoznać jakiekolwiek emocje na jego „nowej” twarzy, do tego jeszcze ta paskudna maseczka…
    – No dobra, ja też nie wierzę, że cokolwiek tam będzie. Ale trzeba przecież od czegoś zacząć, nie? – powiedział w końcu.
    Nie zamierzałem nawet tego komentować.
   - Nic. Null. Zero – wymamrotałem zrezygnowany. Same artykuły o fizyce, z których byliśmy w stanie zrozumieć tylko spójniki. Fantastycznie.
    – Zawsze możemy wrócić do Egiptu – podsunął bez przekonania bliźniak.
    – Ciekawe, jak niby dalibyśmy sobie tam radę. Bez znajomości języka…
    – Będziesz musiał, to się nauczysz. Przez te dwa lata zastanawiałem się nad uczeniem Egipcjan niemieckiego, ale miałem dużo innych spraw na głowie.
    – Akurat ty umiałbyś ich czegokolwiek nauczyć… – Niezbyt wierzyłem w te umiejętności bliźniaka.
    – Ale byłbym sławny! Wymienialiby mnie w podręcznikach do niemieckiego, no i cały Egipt mówiłby po niemiecku… Dostałbym jakieś odznaczenie za propagowanie kultury narodowej…
    – Nie dostałbyś, bo w Egipcie to by nie była kultura narodowa.
    – Zawsze musisz wszystko zepsuć.
    – Nie, ja zawsze mam rację.
    – I to zawsze wszystko psuje.
    – Nie psuje, bo ten twój plan i tak nie miał żadnych szans powodzenia. Kto by chciał się przenieść do starożytnego Egiptu? Bez internetu, telewizji…
    – Ale miałem tam swojego osobistego niewolnika.
    – Odkąd tu wróciłeś, ja ciągle zasuwam jak jakiś niewolnik. I co ja z tego mam?
    – Przesadzasz. Naprawdę, przez te dwa lata zrobiłeś się strasznie czepialski. To pewnie przez brak tej bliźniaczej więzi i tak dalej…
    – Jesteś najbardziej irytującą mumią na świecie.
    – Jestem jedyną prawdziwą mumią na świecie. W sumie trochę szkoda, że kiedy już będę znowu piękny, przestanę być dziedzictwem kultury starożytnej… – Miałem wielką ochotę parsknąć śmiechem, słysząc te rewelacje.
    – Taak… Wyobraź sobie swoje zdjęcie w gazecie i podpis: „Bill Kaulitz, 22 lata. Zawód: dziedzictwo kultury starożytnej”…
    – Jakie tam 22? Będzie ponad dwa tysiące… Poza tym w obecnym stanie wolałbym nie publikować żadnych zdjęć.
    – Dopiąłeś swojego celu z dzieciństwa – zawsze to ty chciałeś być starszy.
    – Starszy, ale nie aż tak stary. Bardziej nadaję się na twojego przodka niż na brata. – stwierdził, a po chwili dodał: – Spoglądając na ciebie, ze smutkiem stwierdzam, że cała moja uroda gdzieś przepadła przez pokolenia.
    – Masz coś do mojej urody?
    Lekko trzepnąłem go w ramię. Bliźniak nie pozostał mi dłużny. Po chwili turlaliśmy się po podłodze jak za dawnych czasów. „Walka” była wyrównana, bo chociaż byłem silniejszy, Bill był cholernie ruchliwy, nie miał też oporów przed gryzieniem i drapaniem, chociaż utracił niedawno swoją najstraszniejszą broń – jego szpony, równo przycięte i potraktowane odżywką przypominały teraz zwyczajne paznokcie. W końcu udało mi się przyszpilić brata do podłogi, wykorzystując jego wrażliwość na łaskotki.
    – To nie fair! – zapiszczał w przerwie między kolejnymi wybuchami śmiechu. – Mógłbyś bardziej szanować dorobek kulturalny ludzkości!
    – Dorobek kulturalny mający łaskotki? Intrygujące. – Ani myślałem przestać. Zwijająca się na podłodze mumia stanowiła prześmieszny widok.
    – To nie umniejsza mojej wartości i nie oznacza, że wolno ci mnie traktować z takim brakiem szacunku!
    – W tej chwili naprawdę cię podziwiam i szanuję. – Czasami bycie bezlitosnym naprawdę może sprawić przyjemność.
    – A możesz mnie szanować, nie łaskocząc mnie? Bo mam już naprawdę dość. Wiesz, moje mięśnie brzucha są już w naprawdę kiepskiej kondycji, od tego ustawicznego śmiechu mogę się rozpaść na kawałki. Naprawdę chcesz zgarnąć twojego brata na szufelkę? Albo sklejać go super glue?
    – Wiesz, że przez ciebie mogę mieć nawrót mumiofobii?
    – To nic takiego w porównaniu z rozsypaniem się na części. Nie mówiąc już o reszcie przypadłości powiązanych z moim obecnym stanem… Na przykład…
    – Dobra, wygrałeś – wymamrotałem, puszczając go.
    – Zobaczysz, jeszcze się zemszczę – wydyszał bliźniak, ale jego spojrzenie wyrażały tylko radość i ekscytację.
    – Tylko spróbuj, chudzino.
    – A żebyś wiedział. Szykuj się, bo nie znasz dnia ani godziny…
    Zaczęliśmy się śmiać. Było tak, jak za dawnych czasów, jakby ta zwariowana historia z Egiptem nigdy nie miała miejsca, a Bill nigdy nie opuszczał naszego domu. Nawet mumiofobia gdzieś zniknęła, jakby już nie miała powrócić. Chciałem mocno przytuliś bliźniaka, kiedy zauważyłem, że obaj jesteśmy wymazani jakimś białym paskudztwem.
    – Zniszczyłeś mi maseczkę przez te głupie zabawy.
    – Czy to ważne? – powiedziałem tylko i objąłem go mocno. Zamknąłem oczy i byłem naprawdę szczęśliwy. Wiedziałem, że nikt i nic nas nie rozdzieli, cokolwiek miałoby się wydarzyć…. Wdychałem zapach kremów i olejków, a pod palcami czułem każdą, nawet najdrobniejszą wypukłość jego ciała. Przez chwilę wydawało mi się, że znów dotykam tego pięknegochłopaka, o którego zabiegali projektanci; delikatnego, wiotkiego, obdarzonego niepospolitą urodą i pełnego niewymuszonego wdzięku. Miał w sobie coś, co przyciągało, obezwładniało, fascynowało. Był tak bliski ideału, że można było mu wybaczyć te wszystkie drobne wady.
    Dopiero gdy bliźniak wymknął się z mojego uścisku, dotarło do mnie, że moje myśli były w pewien sposób niestosowne. Nie powinienem był myśleć w ten sposób o rodzonym bracie ani o żadnym innym chłopaku. To pewnie przez zmęczenie dniem pełnym wrażeń. Normalnie na pewno nie powiedziałbym, że mój własny brat jest pociągający. Chyba muszę się położyć.
    – Dobranoc – szepnąłem do bliźniaka i udałem się do swojego pokoju. Znajdując się już na korytarzu, usłyszałem jeszcze głos bliźniaka.
    – Ja też zaraz się położę. Jutro czeka nas bardzo pracowity dzień.
    Co on znowu kombinuje?

16



 – Ale, Tom! Przecież ja dobrze prowadzę! – wyjęczałem żałośnie.
– Żadnego „ale”. Mało nas nie zabiłeś. Nie wspominając już o możliwości uszkodzenia mojego samochodu do tego stopnia, że wyglądałby jak zgnieciona puszka po piwie.
Że ja?!
– Przecież ja nawet mandatu nie dostałem! – krzyknąłem oburzony.
– Braciszku… – Tom przysunął się i ułożył dłoń na moim ramieniu. – Jest tylko jeden powód, dla którego tak się nie stało. I jest nim to…
– …że jestem wzorowym kierowcą. – Zaprezentowałem mu uśmiech numer pięć, szczerząc wszystkie zęby, ale on odwrócił wzrok od mojej twarzy i zaczął kręcić głową.
– Nie o to mi chodziło. Powód jest taki, że policja najzwyczajniej w świecie nie potrafiłaby nas dogonić. Jeździsz jak wariat .
Ee… Policja? To to wycie, które słyszałem to nie była jakaś tandetna nowoczesna muzyka dla małolatów?
– Byłem pewny, że to w radiu – wytłumaczyłem, ze skruchą spuszczając głowę.
– W radiu? Przecież było wyłączone. A co w nim właściwie niby miało być?
– Nie słyszałeś? Takie… hm… łii-łiii, łii-łiii… – Skrzywiłem się słysząc swój głos, ale bliźniak zaczął się śmiać, jakby był co najmniej na występie jakiegoś kabaretu. – Co jest?
– Mógłbym zapytać o to samo. Co to za dźwięki wydajesz ze swojego gardła?
– Zlituj się, Tom. Przecież ja właśnie naśladowałem policyjny radiowóz, który słyszałem, jak tu jechaliśmy. Też go słyszałeś.
– Wcale nie. – Spojrzał na mnie zmartwiony. – Masz omamy słuchowe?
– Nie! Słyszałem!
Na te słowa brat podszedł o krok bliżej, patrząc nieufnie w moje oczy.
– Kłamiesz? – zapytał podejrzliwie.
– Nie! Jak możesz mi nie wierzyć? – Cofnąłem siei odwróciłem tyłem do niego. Nie będę rozmawiał z takim niedowiarkiem!
– Dobrze, już dobrze. Mogę udawać, że rzeczywiście coś tam słyszałem, jeśli ma ci to poprawić humor, Smętku. – Phi! Udawać?! – No, a teraz wsiadaj do samochodu. Jedziemy na zakupy.
– Łii! Zakupy! – Podskoczyłem, zachwiałem się przy lądowaniu i wpadłem na Toma, który mnie podtrzymał. – Kooocham zakupy!
– Wiem. Grzeczna mumijka. – Zaśmiał się, głaszcząc mnie po głowie.
Hej! Ja wiem, ze w ten sposób próbujesz poskromić swój strach przed zwłokami z Egiptu, ale oprócz tego, ze jestem czymś mumio podobnym, jestem też twoim bratem, nietakcie! Trochę szacunku, proszę!

***

BONUS
(ten fragment miał być pomiędzy 10 a 11 notką, ale ostatecznie go nie wstawiłyśmy.)
Niedługo potem znowu przemierzałem korytarz grobowca, a Tom strachliwie uczepił się mojego ramienia. Co ja, do cholery, jestem? Mumia-obrońca?!
– Bill? Czy prócz ciebie są tu jeszcze jakieś… no, wiesz… straszydła?
– Raczej nie, a co?
– Nie, nic. Po prostu… Wydawało mi się, że w tej wnęce… O, tam, widzisz? Wydawało mi się, że widziałem tam jakieś błyszczące ślepia –wytłumaczył, a w jego głosie wyraźnie było słychać niepokój.
– Gdzie? Nic nie widzę. – Nagle zdałem sobie sprawę, że Toma przy mnie nie ma. – Co jest? – Spojrzałem do tyłu. Okazało się, ze mój nieustraszony bliźniak zatrzymał się parę kroków za mną.
– Nie idźmy tam. Mam gdzieś czym cię wypchali. Dla mnie i tak pozostaniesz zawsze pięknym młodszym braciszkiem. Zmywajmy się stąd.
– Nic tam nie ma. Popatrz. – Zrobiłem krok do przodu i… Wrrr… Grr… Usłyszałem warczenie. Czyżbym nie tylko ja… ożył? – Kleo? – odezwałem się na próbę. Odpowiedziało mi krótkie szczęknięcie, a potem poczułem, że coś dużego się na mnie rzuca, przewraca i zaczyna lizać po twarzy. – Kleopatra! No, już! Koniec! Przestań, głuptasie! – krzyczałem i śmiałem się na zmianę. Och, moja psina kochana, przynajmniej jej nie odrzucam w takiej postaci. – Tom! Pomóż mi! Ona mnie zaślini na śmierć!
Po chwili klęczeliśmy z bliźniakiem na kamiennej posadzce i głaskaliśmy uwolnionego już z bandaży psa.
– Więc masz psa – powiedział powoli Tom. – I nazwałeś go imieniem królowej Egiptu…
– Nie do końca. Gdyby wziąć pod uwagę chronologię to Kleopatrę nazwano na cześć mojej psiny. – Zaśmiałem się i poczochrałem czarną sierść. – Uważałem, że to zabawne, gdy wybierałem to imię.
– Takie pomysły możesz mieć tylko ty. – Mrugnął do mnie jednym okiem.
– Zastanawiam się… Skoro ja i Kleo się obudziliśmy, to czy…
– Tylko nie to! Nie zniosę świata pełnego mumii! – krzyknął Tom, ale wiedziałem, że go to bawi. Chyba zaczynał się przyzwyczajać.
– Nie, nie o to mi chodzi. Poczekaj. – Wstałem na nogi i ruszyłem korytarzem dalej. Kleopatra dostojnie kroczyła tuż przy mnie po prawej stronie, a bliźniak kawałek za nią.
– Zastanawiam się, dlaczego ona ma futro. – Czarna sierść błyszczała w świetle latarki.
– Taa… Ja też… Co nie zmienia faktu, że wolę być łysym człowiekiem niż kudłatym psem – oznajmiłem, ale wcale nie byłem pewny, czy to co mówię, jest prawdą. – Azor! – krzyknąłem, nawołując kolejnej mojej zguby.
– Masz jeszcze jednego psa? – zapytał cicho Tom wyprzedzając mnie i wpatrując się w ciemność przed nami. Pokręciłem głową, ale on tego nie widział. – Azor!
– Azor! Chodź tu, malutki!
– Chodź tu, psinko!
– Tom…Azor nie jest psem – pouczyłem nieśmiało brata.
– Co?!
W ciemności błysnęły duże krwistoczerwone oczy. Westchnąłem z ulgą, słysząc mocne, rytmiczne uderzenia silnych łap o kamienie. Tom cofnął się kilka kroków. Jakby się spodziewał co najmniej dwumetrowego potwora, który zaraz go zeżre. Mojego Azorka się przestraszył, mojego kochanego pieszczucha…
– Azor… Martwiłem się o ciebie… – Padłem na kolana, a już po chwili tuliłem do siebie małego, słodkiego…
– NAZWAŁEŚ TAK KRÓLIKA? K R Ó L I K A?! – Tom tłukł głową w ścianę, wyrażając swoje politowanie nad moimi pomysłami. – Kiedyś skrzywdzisz tak swoje dzieci… – powiedział z wyrzutem i jeszcze raz uderzył w twardy mur.

15.

   - Tom, dlaczego bawiłeś się w magika moim kosztem? – zapytał bliźniak, mrużąc oczy tak, że wyglądały jak dwie wąskie szparki.
   - W magika? – Nie za bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. A szkoda, bo bliźniak był wściekły, wyczuwałem to bez trudu.
   - Kartonowe pudło, srebrne ostrze, David Copperfield… – Zaczął wyliczać Bill.
   - „David Copperfield”? Co ma do tego książka Dickensa? – Zainteresowałem się.
   - Nie książka! Jaka znowu książka?! Tom, ty w ogóle umiesz czytać? – Mój brat wykazał łagodne zdziwienie. – David Copperfield, ten iluzjonista! Czemu mnie wepchnąłeś do pudła próbowałeś pokroić?! Przecież wiesz, że z twoim talentem do… do… prawdę mówiąc, do czegokolwiek… na pewno byś mnie zabił! Wiesz, o ile uboższy byłby świat beze mnie? No dobrze, może to nie byłby aż tak duży ubytek, zważywszy na moją obecną postać…
   - Bill! To nie było żadne ostrze, tylko łopata – powiedziałem, a potem westchnąłem przeciągle. Naprawdę powinni mi płacić za to codzienne użeranie się ze Smętkiem. Ale z drugiej strony… Nie wiem, co bym zrobił, gdyby on naprawdę odszedł, gdybym już nigdy nie miał usłyszeć jego głosu, nie poczuć jego ciepła…
   - Łopata?! Nie dość, że mnie pochowałeś, to musiałeś jeszcze dobijać łopatą? – Bill zaczął wymachiwać rękami. Zawsze tak robił, kiedy się wściekał.
   - Nikogo nie chciałem dobijać. – Kiedy to mówiłem, udało mi się zrobić unik przed jego rozpędzoną dłonią. Może jeszcze nie będę musiał umierać. – Po prostu chciałem zasypać twój… twój grób i nagle zacząłeś krzyczeć i ze strachu wypuściłem łopatę z rąk, wcale nie chciałem robić ci krzywdy!
   - Grób? – Smętuś prychnął pogardliwie. – Grób to ja miałem w Egipcie! Wiesz, naprawdę się nie spodziewałem, że tak nisko cenisz własnego brata, że pochowasz go we własnym ogródku w kartonie po telewi…
   - Po lodówce – wtrąciłem szybko, ale on wcale mnie nie słuchał.
   -…dobrze, po lodówce! Bez grobowca, niewolników, zwierząt i modnych ubrań! No dobrze, wybaczyłbym, gdybyś łaskawie zadzwonił po zakład pogrzebowy i zamówił dla mnie marmurowy pomnik z rzeźbionym popiersiem, no i opisem moich zalet, no wiesz „wspaniały, piękny, mądry, piękny, niezastąpiony, piękny”… I to najlepiej wierszem sylabotonicznym, jakiś trzynastozgłoskowiec ze średniówką po siódmej sylabie… Bo siedem to liczba mistyczna!
   - Bill… Ty naprawdę myślisz, że nie chciałem tego zrobić? – Zorientowałem się, że podnoszę głos, ale nie potrafiłem już się powstrzymać. – Nie rozumiesz, że żeby był pogrzeb, potrzebowałbym twojego aktu zgonu? Musiałbym zadzwonić po lekarza, a on pewnie zorientowałby się, że nie żyjesz już kilka tysięcy lat, mogliby cię zabrać do muzeum albo dorwaliby cię jacyś przeklęci naukowcy! Nie potrafisz tego pojąć?!
   Bliźniak otworzył szeroko usta, a potem szybko je zamknął. Zupełnie jak złota rybka. No tak, często się przechwala swoją inteligencją, ale jak przyjdzie co do czego, nie potrafi zliczyć do trzech i muszę ratować mu tyłek. Jednak mimo wszystko nie potrafię się na niego długo gniewać. To mój ukochany brat, jedyny w swoim rodzaju.
   - Chodź. – Objąłem go ramieniem i powoli ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych. Mojemy bratu należy się odpoczynek po tak wstrząsających przeżyciach. Mnie w sumie też. Przez ostatnie trzy noce prawie wcale nie spałem, leżałem tylko w łóżku, przewracając się z boku na bok i szlochając z tęsknoty za swoim małym braciszkiem. Uścisnąłem go mocniej i nagle sobie o czymś przypomniałem.
   - Zaczekaj chwilkę – powiedziałem i pobiegłem do mojego pokoju. Szybko rozpiąłem torbę, której jeszcze nie zdążyłem rozpakować i wyciągnąłem przedmiot, który zabierałem ze sobą na każdą moją wyprawę do Egiptu.
   - Spójrz – szepnąłem do brata i podałem mu czasopismo, wygniecione od ciągłego przeglądania. Data na stronie tytułowej wskazywała, że zostało wydane dwa lata temu. Z okładki uśmiechał się do nas szczupły chłopak o delikatnych rysach twarzy, dyskretnie podkreślonych makijażem. Ciemnobrązowe oczy, wąski nos i pełne usta. Te usta… Stworzone do całowania. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że wpatruję się w jego wargi jak zahipnotyzowany. Co we mnie wstąpiło? Tyle razy oglądałem to zdjęcie i nigdy nie zwróciłem uwagi na to, że mój brat jest taki śliczny. Chociaż może w tej sytuacji bardziej odpowiednie byłoby słowo „był”.
   Odwróciłem wzrok od chłopaka z gazety i spojrzałem na prawdziwego Billa, który drżącymi palcami kartkował czasopismo, ukazując naszym oczom kolejne zdjęcia. Dziwne pozy, nietypowe ujęcia i ekscentryczne stylizacje. I wszędzie on, jego promienny uśmiech, błyszczące oczy i zgrabna sylwetka. To była jego pierwsza poważna sesja zdjęciowa. Miał szansę na wielką karierę, a teraz…
   - Cały świat stał przede mną otworem – wyszeptał. Natychmiast pożałowałem, że pokazałem mu te zdjęcia. Nie chciałem, żeby był smutny.
   - Nadal możesz wiele osiągnąć. – Próbowałem go pocieszyć, choć tak naprawdę nie miałem pojęcia, co bliźniak mógłby zrobić.
   - Raczej… raczej nie. Bez mojej urody… chyba nie jestem wiele warty. – Głos zaczął mu się łamać. Zbliżyłem się do niego i objąłem go ramieniem.
   - Nie gadaj bzdur. Jesteś bardzo wartościowym człowiekiem i nawet bez twojej ślicznej twarzyczki masz innym wiele do zaoferowania…
   - Wcale nie. Tylko marudzę i marudzę, prawda? W końcu jestem Smętkiem. Gdybyś miał taką możliwość, od razu byś się mnie pozbył! – Po drżeniu jego ciała mogłem rozpoznać, że bliźniak płacze. Objąłem go mocniej i powstrzymując obrzydzenie, delikatnie pocałowałem go w policzek i szybko się oddaliłem. Chyba za szybko…
   - Do czego to doszło! – Bliźniak zaczął wymachiwać rękami. Cholera, niedobrze. – Mój własny brat brzydzi się mnie dotknąć! Na pewno jesteś ze mną z litości! Pewnie załujesz, że się nie zabiłem trzy dni temu! Na pewno żałujesz! Po co komu taki brat jak ja? Och, oczywiście, muszę odzyskać urodę, szkoda, że nie zrobiłeś nic, żeby mi w tym pomóc! Ale zobaczysz jeszcze, sam dam sobie radę! – wypalił, po czym wybiegł z domu. Co on ma z tym uciekaniem?
   Szybko podążyłem jego śladem. Ze zgrozą spostrzegłem, że Bill skierował się w stronę samochodu.
   - Nie! – krzyknąłem, gdy zbliżył się do czerwonego auta. – Bill, nie rób tego!
   Na szczęście moje przypuszczenia nie potwierdziły się. Mój brat wcale nie chciał dokończyć tego, co nie powiodło się trzy dni temu. Nie chciał popełnić samobójstwa. Bliźniak po prostu otworzył drzwi (skąd on, do jasnej cholery, miał kluczyki?) i władował się do środka. Pośpiesznie usadowiłem się obok niego. Nie pozwolę mu tak po prostu odjechać.
   - Co ty robisz? I gdzie my w ogóle jedziemy?
   Bliźniak nie odpowiedział, tylko przekręcił kluczyk w stacyjce. Otaczającą ciszę zakłócił ryk zbudzonego ze snu silnika.
   - Och, to nic takiego. Muszę zadbać o nasze utrzymanie, skoro ty o tym nie pomyślałeś. Naprawdę nie wiem, co byś beze mnie zrobił. – Bliźniak zerknął w lusterko i zaczął cofać samochód tak gwałtownie, że prawie zakrztusiłem się śliną.
   - Bill… Jesteś pewny, że potrafisz prowadzić? – Zaniepokoiłem się.
   - Oczywiście, że potrafię. Chyba nie muszę ci przypominać, kto oblał, a kto zdał za pierwszym podejściem? – Zagryzłem wargi, ale nie odezwałem się ani słowem. – Niech ta kupa złomu chociaż raz się do czegoś przyda.
   Z piskiem opon opuściliśmy przydomowy podjazd. Uświadomiłem sobie wtedy, że zapomniałem zamknąć drzwi wejściowych, ale zaraz przestałem o tym myśleć. Lubiłem szybką jazdę, ale nie niepotrzebną brawurę. Mojego brata chyba nie obchodziły żadne ograniczenia prędkości, do tego nie do końca potrafił zapanować nad autem. Samochód zataczał się, jakby był pijany (Samochód? Pijany? Chyba przez tą szaloną jazdę poprzestawiały mi się klepki!). Chociaż było jeszcze wcześnie, mieliśmy zapalone światła („Są takie ładne, kiedy się świecą! Dodają uroku tej kupie złomu!”). W każdym razie nie miałem pojęcia, dokąd zmierza bliźniak i jak długo jeszcze będę musiał znosić ten koszmar. Myślałem, że dostanę zawału, kiedy zobaczyłem przed nami zatłoczone przejście dla pieszych. Bill w ostatniej chwili zahamował ostro i samochód zatrzymał się dosłownie kilka centymetrów od „zebry”.
   - Ma się to wyczucie – powiedział z dumą bliźniak. Dopiero wtedy mój organizm uprzytomnił sobie, że aby żyć, trzeba oddychać i odetchnąłem głęboko.
   - Bill… Może zamienilibyśmy się miejscami? – Zaproponowałem nieśmiało, ale nie wywołało to oczekiwanej przeze mnie reakcji.
   - Nie uważam, żeby to był najlepszy pomysł. Jesteś pewnie bardzo roztrzęsiony po ostatnich wydarzeniach, mógłbyś wjechać w drzewo albo potrącić jakąś sympatyczną staruszkę. Nie, ja będę prowadził, chyba nie chcesz stracić tej kupy złomu, prawda?
   Westchnąłem i przygotowałem się psychicznie na dalszą jazdę. Oczywiście, jeśli można się przygotować na tak straszne przeżycie.
   Później było jeszcze gorzej. Ignorując zakaz wjazdu, dostaliśmy się na drogę jednokierunkową. Bill brawurowo wymijał nadjeżdżające z drugiej strony auta, zupełnie nie zwracając uwagi na dźwięk klaksonów i płynący w naszą stronę strumień wyzwisk.
   - Ale prostacy z tych dzisiejszych kierowców. Nie potrafią przyjąć do wiadomości, że ktoś ma ładniejszy samochód od nich i lepiej prowadzi. Ludzie to okropni zazdrośnicy.
   Nie zwracając uwagi na tabliczkę z napisem „Objazd”, skręciliśmy w prawo. Poczułem, że serce podchodzi mi do gardła, gdy zobaczyłem, jak od maski odskakują porozstawiane na drodze pachołki, a my sami zmierzamy w stronę mostu… Remontowanego mostu. To znaczy takiego, który urywa się w połowie.
W akcie desperacji szarpnąłem za hamulec.
   - Tom, co ty…
   Samochód zatrzymał się. Koła dzieliły od przepaści dosłownie milimetry.
   - Sporo się tu pozmieniało przez te dwa lata – wymamrotał brat z głupią miną.
   - To co, dasz mi prowadzić? – Uśmiechnąłem się do niego najładniej, jak potrafiłem.
   - Chciałbyś – prychnął i zaczął powoli cofać. Cóż, pozostało mi tylko zacisnąć zęby i jakoś wytrzymać.
   - Może chociaż powiesz mi, dokąd jedziemy? – Zaryzykowałem pytanie, gdy znów mknęliśmy zygzakiem po rondzie.
   - Jak to dokąd? Do laboratorium, po odszkodowanie. I pomyśleć, że sam muszę to wszystko robić. – Nadąsał się.
   Dalsza droga minęła bez przygód, chyba że liczy się ominięcie korka przez chodnik i jazda po deptaku. Kiedy dotarliśmy do budynku, w którym odbyły się eksperymenty, odczuwałem ogromne zmęczenie i jednocześnie wielką ulgę. Przeżyłem! I nie zamierzam nigdy więcej narażać mojego życia na takie niebezpieczeństwo.
   - Znowu tutaj jesteśmy! – zaświergotał brat tuż przy moim uchu, jakby nie wiedział, jak wiele złych wspomnień wiąże się z tym miejscem. – Pomyśl, być może ci ludzie będą potrafili mi pomóc i już dziś będę znowu piękny!
   - Nie potrafili sprowadzić cię z powrotem. Niby jak mogliby teraz zwrócić ci urodę? – Wtrąciłem ponuro. Bill jednak wcale nie tracił dobrego humoru.
   - Przestań narzekać! Nazywasz mnie Smętkiem, a sam wcale nie jesteś lepszy. Wszystko widzisz w czarnych barwach, nic ci się nie podoba. Cóż, rodziny się nie wybiera. – Dodał kąśliwie. Wiedziałem, że nie mówi szczerze, ale i tak zabolało. Wolałbym jednak, żeby nie wiązał z tym miejscem tak wielkich nadziei, wtedy rozczarowanie nie byłoby tak bolesne.
   Podążyliśmy żwirowaną ścieżką wzdłuż wysokiego, białego parkanu. Minęliśmy tabliczkę z napisem „TEREN PRYWATNY. WSTĘP WZBRONIONY” i dotarliśmy do bramy. Okolica była niepokojąco cicha. Najchętniej wróciłbym do domu i nie oglądał tego miejsca już nigdy więcej, ale Bill był innego zdania. Nacisnął guzik domofonu po czym zaczął zwierzać się na temat swoich paznokci. Kiedy już osoba po drugiej stronie miała się rozłączyć, prędko podał swoje imię i nazwisko. To wystarczyło. Brama została otwarta i mogliśmy wkroczyć na teren ośrodka.
   Nie wyglądał zbyt interesująco. Toporna, biała bryła, otoczona równo przystrzyżonym trawnikiem i nielicznymi klombami. Nikt nie kręcił się wokół budynku, tylko kilka samochodów na prywatnym parkingu wskazywało, że ktokolwiek przebywał tam w tej chwili. Nie mogłem jednak dokładniej przyjrzeć się otoczeniu budynku, bo brat niecierpliwie pociągnął mnie w stronę wejścia.
   W ciągu tych dwóch lat praktycznie nic się tu nie zmieniło. Bliźniak bez trudu znalazł drogę do pomieszczenia, w którym próbowaliśmy zmierzyć się z czasem. Znaleźliśmy się tu po raz pierwszy, ponieważ potrzebowaliśmy pieniędzy. Ja właśnie straciłem pracę, zdjęcia Billa nie wzbudzały wtedy żadnego zainteresowania. Ogłoszenie znaleźliśmy w gazecie. Potrzebowali osób do nietypowego eksperymentu. Płacili naprawdę sporo, a my mieliśmy wiele niezapłaconych rachunków, mógł nawet wkroczyć komornik. Praca nie była trudna, robili nam różne badania… Później mieliśmy podróżować w czasie. Mieliśmy, bo pierwsza i zarazem jedyna próba zakończyła się niepowodzeniem. Straciłem bliźniaka na ponad dwa lata. Otrzymałem oczywiście ogromne odszkodowanie, ale ono nic nie znaczyło w porównaniu z brakiem mojego małego braciszka. Większość pieniędzy wydałem na podróże do Egiptu. Ta, z której powróciliśmy, miała być moją ostatnią. Brakowało mi już funduszy, powinienem podjąć pracę, chociaż coraz częściej myślałem o popełnieniu samobójstwa, w końcu straciłem brata i nic mnie już tu nie trzymało. Powrót bliźniaka sprawił, że moje życie odzyskało swój sens. Gdybym tylko mógł uczynić go szczęśliwym…
   Pokonaliśmy jeszcze dwie kondygnacje, aż dotarliśmy na trzecie piętro. Od tego szaleńczego biegu dostałem zadyszki, ale bliźniak ani myślał puścić mojego rękawa. Nadal uważałem, że przyjeżdżanie tutaj nie miało sensu, ale teraz, gdy już dotarliśmy do ośrodka, moje zdanie nie miało już znaczenia. Zaskoczyło mnie to, że bliźniak wciąż wiedział, jak poruszać się w tym labiryncie korytarzy i zawsze wybierał odpowiednią drogę. W końcu, zanim zdążyłem się na to psychicznie przygotować, bliźniak nacisnął klamkę i znów trafiliśmy do pokoju, w którym wydarzyło się tak wiele. Co prawda machina czasu znajdowała się w zupełnie innym pomieszczeniu, ale to tutaj nas skierowano, gdy przyszliśmy do ośrodka w sprawie pracy.
Nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam duży, biały stół, pastelowe, zielone ściany, szerokie, nowe okno zakryte do połowy roletami. Tylko jednego tutaj brakowało. Nie było tu ludzi.
   Kiedy przybyliśmy do ośrodka, nad podróżami w czasie pracował cały zespół specjalistów, czy też może „Świrów”, jak zwykłem ich nazywać. Teraz wszystkie krzesła były puste, a blat stołu lśnił, niezakryty przez notatki i arkusze. W pomieszczeniu przebywał tylko jeden mężczyzna, ale to, co miał przed sobą, nie przypominało zapisu rezultatów badań, ale jakieś poczytne czasopismo. Wygląda na to, że po pierwszej porażce zespół poszedł w rozsypkę. Chciałem opuścić pomieszczenie, zanim on nas zauważy, ale Bill pokrzyżował mi plany.
   - Co się tutaj dzieje? Gdzie są wszyscy? – Nie czekając na odpowiedź, kontynuował. – Właśnie teraz, kiedy są mi potrzebni, musieli wyjść sobie na kawę albo cholera wie, gdzie! To jest lekceważenie! Tak! To lekceważenie człowieka, który doznał ogromnej tragedii i domaga się zadośćuczynienia! Spójrz tylko! – Bliźniak ściągnął rękawiczkę i zbliżył dłoń do twarzy nieznajomego, która nagle niepokojąco pobladła. – Tak! To są szpony! SZPONY! Czy tam pazury! Ohydne szpony! Moje biedne paznokietki przez was cierpią! Jak one muszą się czuć, gdy inne paznokcie spoglądają na nie z pogardą i z obrzydzeniem? To dla paznokci ważne, żeby zdobyć uznanie we własnej społeczności! Celem życia paznokcia jest akceptacja! I przez was moje paznokcie zachorują na depresję i popełnią samobójstwo, skacząc z da… – Tu chyba zauważył, że za bardzo się zagalopował, bo szybko się zreflektował. – No, pakując się pod nożyczki. Straszne! – Wzdrygnął się, a zaraz po nim zrobił to mężczyzna, którego twarz lekko pozieleniała. Musiałem szybko zareagować, żeby biedak zaraz nie dostał zawału.
   - Bill, odpuść, proszę. Mógłby pan nam wyjaśnić, co się tutaj stało?
   Dopiero teraz zauważyłem imię, wypisane na identyfikatorze. Fabian. Brzmi znajomo. Pewnie mieliśmy z nim styczność dwa lata temu. Cóż, tym projektem zajmowało się wiele osób, to normalne, że nie byłem w stanie spamiętać wszystkich Świrów.
Zamiast udzielić odpowiedzi na moje pytanie, Fabian drżącą ręką pokazał na Billa.
   - To naprawdę on? – wyjąkał zdumiony.
   - Niestety tak. Sam nie mogłem w to uwierzyć. – Westchnąłem z rezygnacją.
   - Taaak, to ja. – Ups! Chyba zdenerwowałem Smętka! – I właśnie po to tu przyszliśmy. Żebyście to naprawili.
   - Obawiam się, że nie ma żadnego „żebyście” – powiedział ostrożnie Fabian. Chyba widok szponów Billa wywarł na nim duże wrażenie. – Po tym… wypadku sprzed dwóch lat, zespół rozwiązano. Wehikuł czasu miał zostać zniszczony. Ale tak naprawdę nigdy nie porzuciliśmy tego projektu. Zostałem tutaj, żeby czekać na was, razie gdyby Bill powrócił, to dałoby szanse na dalsze prowadzenie badań. Ale nie spodziewałem się, że wrócisz w takiej postaci.
   - Też się tego nie spodziewałem – wymamrotał gniewnie Bill. – Dlatego… Dlatego musicie to naprawić! Skoro umiecie przenosić ludzi w czasie, możecie też mnie upiększyć? Możecie, prawda?!
   - Raczej… Raczej nie – wyjąkał nasz nowy znajomy, przezornie wycofując się w stronę drzwi. – Nie znamy się na chirurgii plastycznej, ale mogę polecić…
   - Nie chcę, żeby mi wstrzykiwali jakiś botoks czy wypchali silikonem! Ja chcę być znowu ładny! Taki jak kiedyś! O, wiem! – Trochę się zmartwiłem. Z „dobrych pomysłów” bliźniaka zawsze potem wynikały jakieś kłopoty. – Nie zniszczyliście tej machiny czasu, prawda? Ukryliście, ale nie zniszczyliście, prawda? – Jedno spojrzenie na twarz Fabiana i obaj wiedzieliśmy, że to prawda. – Mój pomysł jest taki: cofnijcie mnie w czasie o te dwa lata. Ja będę piękny, a wy nie będziecie musieli jeszcze umierać. Proste i klarowne, prawda?
   W sumie to nie była taka zła propozycja, jak się tego spodziewałem. Przeniesiemy się wstecz, Bill będzie znowu piękny, a mnie ominą dwa lata cierpienia. Chociaż…
   - Bill, twój plan ma jeden mankament. – Kiedy zobaczyłem rozpromienionego brata, pożałowałem, że zaraz zetrę uśmiech z jego twarzy. Ale nie było innego wyjścia, ja musiałem, po prostu musiałem go ostrzec. – Jeśli cofniesz się w czasie, nie będziesz wiedział, co może cię spotkać, rozumiesz? Nie będziesz wiedział, że możesz utknąć w Egipcie… i znowu przeniesiesz się w czasie, i znowu będę cię szukał, i znowu staniesz się mumią…
   - Nie podoba mi się to, ale muszę przyznać ci rację – wymruczał naburmuszony bliźniak. – Ale… Co ja mam zrobić? Nie chcę być potworem! Życie bez włosów, paznokietków i moich białych ząbków… jest takie puuuste!
   Bill zaczerpnął powietrza, żeby podjąć dalsze wywody, ale przerwał mu blady jak ściana i słaniający się na nogach Fabian.
   - Mówicie, ile chcecie! – krzyknął, drżącymi dłońmi wyciągając książeczkę czekową. – Weźcie to, idźcie stąd w cholerę i nigdy, ale to nigdy nie wracajcie!
   Nagryzmolił coś na bloczku drżącą dłonią, oderwał kartkę, wepchnął mi ją do ręki i prawie wypchnął nas za drzwi. Może to i dobrze. Nienawidziłem takiej napiętej atmosfery.
Nagle poczułem, jak bliźniak znów szarpie mnie za rękaw.
   - Co ty robisz?
   - Jak to co? – Bliźniak pomachał mi czekiem przed oczami. – Jedziemy na zakupy! Muszę się jakoś pocieszyć po tych dzisiejszych rewelacjach. – Dodał kwaśno.
   - Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem – odpowiedziałem wreszcie.
   - Jakim? – Zaciekawił się mój brat.
   - Tym razem pozwolisz mi prowadzić.

14



Gdy wybiegłem z domu, na podjeździe zobaczyłem pojazd, którym przyjechaliśmy z Tomem do domu. Smukłe, czerwone BMW, którego modelu nie znałem, lśniło w promieniach słońca. Nowy samochód bliźniaka.
– Skąd on niby miał na nie kasę? – zapytałem sam siebie. O, nie! Zły znak. Nie powinienem gadać sam ze sobą… – Na pewno zamiast się o mnie zamartwiać i prowadzić poszukiwania wolał kupić kupę złomu – mamrotałem pod nosem, ale zaciekawiony przesunąłem palcem po masce. I wszystko byłoby w porządku, gdybym tylko nie miał szponów zamiast paznokci. – Ups…
– Bill? – Ręka bliźniaka spoczęła na moim ramieniu, a ja szybko zasłoniłem swoim ciałem rysę. – Szukałem cię przez te lata, przecież wiesz. Samochód kupiłem dzień przed tym, jak zniknąłeś… Miał być prezentem…
– Kłamiesz! – krzyknąłem, próbując odwrócić jego uwagę od tego, co zrobiłem. – Kupiłeś go za odszkodowanie, które ci dali za to, jak ja teraz muszę wyglądać! Wolałbyś mnie zamienić na samochód! Popatrz! Popatrz! – Zsunąłem z głowy czapkę i pokazałem palcem swoją łysą głowę. – Ty rozumiesz w ogóle, co mi zrobiłeś?! Ja cierpię, Tom! CIERPIĘ! A ty sobie kupujesz durny kawał złomu za pieniądze, które miały być na moje upiększenie! Jesteś samolubem! Jak mogłeś marnować…
– Uspokój się, Bill, proszę
– Nie mam zamiaru się uspokajać! Chcę odzyskać moje włosy i gładką skórę! A nie mam grosza przy duszy i nie mogę tego zmienić! Bo jak ja mam w takim stanie gdziekolwiek się pokazać? Ja, który kiedyś miałem w planach chodzenie po wybiegach największych i najsławniejszych pokazów mody?! Ja, który miałem do tego predyspozycje?! – Machałem rękami na wszystkie strony, żeby podkreślić znaczenie tego, o czym mówiłem. – Teraz nawet w głupim spożywczaku nie mogę za ladą stanąć, bo odstraszyłbym klientów! – zamarłem. Chwila, wróć. Co ja w ogóle plotę? Ja i kasa sklepowa? Zamrugałem… – Nie, czekaj. I tak bym nie mógł pracować w sklepie. Moja duma by tego nie zniosła… Wiesz, zgniłe owoce, warzywa… – Spojrzałem w oczy Toma. A raczej spojrzałbym w nie, gdyby nie jeden istotny problem. Najpierw natknąłem się na jego usta. Od których nie potrafiłem odwrócić wzroku. Brakowało mi po prostu słów, żeby opisać to, co czułem, patrząc na te rozchylone wargi. Dopiero po chwili zdolność mówienia wróciła. – Czego tak otwierasz dziób, jak jakiś pisklak po robaki?! Nie nakarmię cię, bo… Bo jestem bankrutem! Rozumiesz?! Bill Kaulitz jest BANKRUTEM! Nie mam kasy na ubrania, kosmetyki, biżuterię… NA CIEBIE TYM BARDZIEJ NIE MAM! Okradłeś mnie! Własny brat mnie okradł… – Pociągnąłem nosem, choć właściwie nie miałem kataru. – Jak mogłeś, Tom?! Jak mogłeś?! Przez ciebie jestem biedny! Nie chcę być biedny… Teraz ty będziesz musiał na nas zarabiać! Sam dotykaj tych zgniłych rzeczy! – Założyłem ręce na piersi i czekałem na reakcję, ale bliźniak nadal stał tylko z otwartymi ustami… Otwartymi szerzej niż wcześniej… Ja mu dam! Powinien mnie na kolanach o wybaczenie prosić, a on co? Stoi i lampi się na mnie… Czuję się załamany…
Odwróciłem się tyłem do brata, szukając czegoś twardego, w co mógłbym uderzyć głową, a że za sobą miałem tylko samochód to…
– Trzy… – zacząłem odliczać. – Dwa… – Jeszcze chwila i sobie ulżę…
– Bill? Powinienem teraz uciekać? – zapytał cicho Tom, prawdopodobnie cofając się o krok, bo usłyszałem chrzęst kamyków na podjeździe. – Dasz mi chwilę na wyjaśnienia, jak już się trochę uspokoisz? – Kolejny jego krok w tył.
– Jeden… – Nie siliłem się nawet na odpowiedź, bo nie miało to sensu. I tak nie zrozumiałby, jak bardzo mnie wkurza. – Zero!
Lekkie odchylenie do tyłu, żeby potem mocniej uderzyć w szybę. Szybę?! Twarzą?! Nieee! Tylko nie moja twarz! Stop. Stop! STOP! Bill! Jesteś teraz kruchy! Porysujesz sobie skórę rozbitym szkłem! Och… Za późno! Moja głowa uderzyła w cel. Żegnaj, życie! Żegnaj, okrutny świecie!
Ciemność.
***
Otworzyłem oczy. I stwierdziłem, że w skutek jakiegoś błędu musiałem trafić do piekła. Skąd takie wnioski?, mógłby ktoś zapytać. Już udzielam odpowiedzi. Otóż… Znowu ktoś mnie obwinął bandażami! A to znaczyło, że nie jestem w niebie, bo tam na pewno oddaliby mi moje piękne ciało, żebym nie czuł się gorszy od aniołów. Ot co! Bill Kaulitz brzydszy od aniołów?! Ha! Nie, raczej nie.
Tak, czuję się paskudnie w tej postaci. Ale dziękuję, że ktoś pyta. I w dodatku ten ktoś włożył mnie do kartonowego pudła. Zamkniętego. Małego. Ciemnego. Pełnego stęchłego powietrza. Pudła, którego ściany i „sufit” właśnie zaczęły na mnie napierać.
– Aaa!!! – Co się dzieje?! Ratunku! Pomocy! Aaa!!!
Coś uderzyło w boczną ściankę kartonu i w tej samej chwili pod moimi podkurczonymi kolanami przeszedł kawał metalowej blachy.
– Aaa!!! Ratunku, pomocy, ratunku, pomocy! Ćwiartują mnie! Aaa!!!
A założę się, że na zewnątrz nie znajdę Davida Coperfilda, który mnie potem poskłada! Co za idiota ćwiczy na mnie sztuczki magiczne?! Nie jestem żadnym pieprzonym ochotnikiem! Nie pisałem się na to! Wypuście mnie! Nie zgadzam się na bycie królikiem doświadczalnym jakiegoś pseudomagika! Wyciągnąłem ręce w górę, próbując otworzyć karton i, o dziwo, udało mi się! Do środka wpadło trochę ziemi i światło. Uratowany! Niech ja tylko dorwę w swoje ręce tego idiotę, który myśli, że potrafi czarować! Ja mu tak poczaruję, że nie będzie wiedział, gdzie ma głowę, a gdzie zadek! Ot co! Zaciągnąłem się świeżym powietrzem jak najlepszym papierosem, a potem ostrożnie wstałem i kogo zobaczyłem kilka metrów nade mną? Tak, Toma, który znowu miał rozchylone usta. Zawias mu się zepsuł czy co? Tak, pewnie tak. Nieważne. Przeniosłem spojrzenie na jego oczy, szukając w nich wytłumaczenia, dlaczego obudziłem się w kartonowym pudle na dnie jakiejś robaczywej dziury w ziemi, ale zobaczyłem tylko, że są zaczerwienione i szeroko otwarte. Po chwili straciłem go z pola widzenia.
– Ee… Tom? Jesteś tam? Możesz mi powiedzieć, co jest grane i czemu tu jestem? – Z góry dobiegło mnie ciche łkanie. – Tom?
Coś połaskotało mnie w dłoń w miejscu, gdzie zsunął się bandaż. Sięgnąłem drugą ręką, żeby się podrapać i… Natknąłem się na coś oślizłego. Strząsnąłem to i spojrzałem na dno pudła.
– Tom! Ratuj mnie! Ratuj! – krzyczałem, widząc obrzydliwą gąsienicę pełzającą po mojej prawej stopie. Próbowałem wbić palce w ziemię i czym prędzej wydrapać się a tej dziury, ale nie dość, że nie mogłem się porządnie zaczepić, to oblazły mnie mrówki. Małe, wredne stworzenia… Te co to tak kąsają i potem ciągle się drapiesz. Mało tego! Te bestie były czerwone! Odskoczyłem czym prędzej, uderzając plecami w przeciwległą ścianę ziemi i osuwając się po niej. – TOOOM!
Sekundę później bliźniak wskoczył do dołu i objął mnie ramionami. Obok niego zwisała gruba, pleciona lina.
– Bill! Jednak żyjesz!
– Skoro upierasz się, żeby moją marną egzystencję nazywać życiem…
– Potem. Teraz musimy się stąd wydostać. Dasz radę wspiąć się po linie? – Szarpnął za sznur, a on zsunął się na dno dołu. – Eee…
– Mówimy o tej linie, Tom? – zapytałem, chwytając wystrzępiony koniec i skubiąc go opuszkami palców. Bliźniak patrzył to w górę to na moje ręce i przez chwilę łapał powietrze, otwierając przy tym usta jak ryba wyjęta z wody. – Ups… Chyba mamy mały problem – stwierdziłem z przerażeniem patrząc, jak po mojej stopie pełznie dżdżownica. – Aaa!!! Zróbże coś, człowieku! – krzyknąłem, strzepując z siebie to obrzydlistwo i pakując się bratu na plecy. – Nie wytrzymam tu ani minuty dłużej! Masz mnie stąd natychmiast wyciągnąć!
– Zejdź z moich pleców, to spróbuję coś zrobić – mruknął Tom, goniąc w kółko jak pies za własnym ogonem. Kręciło mi się od tego w głowie, więc przywarłem do niego mocniej, próbując ukryć twarz w jego ramieniu. Trafiłem w kark. Mój zmył orientacji musiał już być nieźle pijany od tego wirowania. Pieprzony alkoholik! Poprawiłem pozycję i mocno obejmując bliźniaka udami, żeby się nie zsunąć, odmówiłem. – Bill, proszę…
– Zadzwoń po kogoś. Niech ktoś mi pomoże! – błagałem wtulony twarzą w jego szyję. Czy on musi się tak trząść?! Halo, jestem tutaj!
– Łaskoczesz – zachichotał. – Złaź. Nawet nie mam ze sobą telefonu.
– Nie ma telefonu. Phi! Jak można nie mieć telefonu w tych czasach? Ja nawet w epoce faraonów miałem! I co z tego, że nie miałem do kogo zadzwonić ani wysłać smsa, a bateria padła po trzech czy czterech dniach? Nie wspominając już o tym, że nie mogłem z niego wejść do Internetu i sprawdzić, jakie ubrania są modne w Starożytnym Egipcie… Przecież nie mogłem się pokazać w nieodpowiednich ubraniach już pierwszego dnia, prawda? To by o mnie naprawdę źle świadczyło. A ten nie ma telefonu… Jednego z największych dobrodziejstw współczesnego świata… Jak śmiałeś nie zabrać go na tak ważną ratunkową?! Czy tobie do reszty już mózg kosmici laserem wypalili? Nie wiesz, że zabiera się telefon ze sobą na takie akcje? I krótkofalówkę, i latarkę, i takie specjalne zaczepy do ścian, żeby móc się przemieszczać za pomocą lin… O! I linę! A… nie. O linie pomyślałeś. Szkoda tylko zapomniałeś ją przywiązać do czegoś tam, na górze…
– Przywią…
– Nie rozumiem, jak można być takim ignorantem i głupcem. Jak ty w ogóle sobie radziłeś beze mnie? Przecież gdybym ja cię nie zaczął jako dziecko uczyć to do teraz byś pewnie nie mówił…
– Och, zamknij się, Smętku jeden! – Chwycił mnie za splecione na jego brzuchu łydki i zrzucił z siebie. Mój tyłem wylądował na dnie pudła. To ja mu rad udzielam(Co z tego po fakcie?! Trzeba było zapytać wcześniej, a nie od razu zabierać się za robotę, o której nie ma się pojęcia!), a on mnie tak podle traktuje?! Już ja mu pokażę! Przestałem oddychać i zamknąłem oczy, leżałem w bezruchu. Niech się trochę pomartwi! Mógł mnie przecież zabić swoim chamstwem! – bill? – Dotknął ręką mojej twarzy. – Bill? Nie rób mi tego… Nie znowu…
– Znowu? – Otworzyłem oczy z zainteresowaniem i usiadłem, a bliźniak odskoczył. Stał pod ścianą na jednej nodze, drugą unoszą w górę zgiętą w kolanie, a twarz zasłaniał skrzyżowanymi w nadgarstkach rękami.
– Aaa!!! – Zachwiał się i upadł na kolana. O, właśnie! Tam jest twoje miejsce! Albowiem przepowiedziano: „na kolanach będziesz się czołgał i błagał brata swego genialnego, by pozwolił ci uczynić coś dla niego.” Dobra, wcale tak nie było, ale to tak ładnie brzmi, prawda? – Przestraszyłeś mnie!
– Nie musisz mi przypominać, jaką kreaturą sie stałem! Ile razy mam ci to powtarzać??! Jesteś takim złym bratem… Wygląd to nie wszystko, wiesz? Nadal jestem mądrzejszy od ciebie. – Parsknął śmiechem. – Dlaczego nie potrafisz tego docenić?! – jęknąłem żałośnie i zrobiłem minę smutnego psa. Smutnego psa w bandażach. Kurde… Pewnie i tak tego nie widać. Uniosłem kąciki ust z powrotem do góry.
– Przepraszam, dobra? – powiedział, choć wiedziałem, że wciąż walczy ze śmiechem. – Jako zadośćuczynienie spróbuję nas stąd wyciągnąć, dobrze?
Sceptycznie przypatrywałem się jego próbom wdrapania na górę. Trzy pierwsze polegały na tym, że osuwał się przy piątym wbiciu buta w ziemię. Kolejną próbę zrobił trochę bardziej na lewo. I doszedł do ponad połowy wysokości. A potem jeszcze krok i…
– Bill! Odsuń się! – Odskoczyłem, a on się zsunął. – Cholera. – Zdyszany pochylił się, opierając ręce na kolanach.
– Czemu odpuściłeś? Byłeś już tak blisko…
– Nie wiem. Po cholerę ja ci ten grób taki głęboki kopałem?
Oczy wyskoczyły mi z orbit.
– GRÓB?! Jaki znowu grób?!
– No…
– Chciałeś mnie pogrzebać żywcem?! Nie wystarczy ci już mojej męki?! – Rozejrzałem się wokół. – GDZIE, DO CHOLERY, JEST JAKIŚ PRZYZWOITY SARKOFAG?!
– To pudło…
– CHCIAŁEŚ… Nie, brak mi słów! Mój własny brat traktuje mnie jak śmiecia!
– Trzy dni czekałem aż się obudzisz po tym, jak skręciłeś sobie kark, idioto! – Zatkało mnie. Że ja? I skręcony kark? Że ja?! – Nie oddychałeś, nie otwierałeś oczu, nie ruszałeś się… Nie czułem twojego pulsu…
– A czego się spodziewałeś po takim stworzeniu jak ja?!
– Przecież teraz oddychasz…
– Bo chcę! Tom, jestem mumią! Mam ci to przeliterować? Normalne mumie nie budzą się po tysiącach lat w grobowcu, nie chodzą… Nie żyją! Dotarło? – Kiwnął głową. – więc nie każ mi tego powtarzać więcej. Nie lubię sobie o tym przypominać. I co to w ogóle znaczy, że skręciłem kark?
Tom podszedł do mnie i położył rękę ni moim ramieniu.
– Uderzyłeś głową w mój samochód i…
– więc to twoja wina! – Jego samochód! Jego! Za moje pieniądze! Złodziej, złodziej, ZŁODZIEJ!
– Nie moja! Uderzyłeś się i upadłeś. Nie wiedziałem, co się dzieje! Przeniosłem cię na moje łóżko i siedziałem przy nim dniami i nocami, obserwując, czy aby ci powieka albo palec nie drgnie! Doceń to!
– Tęskniłeś? – zapytałem cicho, widząc, jak w oczach bliźniaka zalśniło coś mokrego, ale zaraz odwrócił wzrok.
– Za tobą? I za twoim ględzeniem? Nie.
– Tęskniłeś… – Delikatny uśmiech zagościł na moich ustach i przysunąłem się do bliźniaka, by go przytulić. Chwilę tak staliśmy, wtuleni w siebie. Dobrze było mieć brata tak blisko i wiedzieć, że ciągle jesteśmy sobie tak bliscy. – A teraz spróbuj wejść na górę jeszcze raz, bo tu umrzesz – powiedziałem i odsunąłem się.
– A ty?
– Ja już jestem martwy, więc… I miałeś mi o tym nie przypominać!
– Och, tylko znowu nie smęć. Już nas stąd wyciągam. – usiadłem na dnie pudła i obserwowałem wędrówki mrówek, a Tom po raz kolejny podjął wspinaczkę. Jakimś cudem po kilku minutach zniknął na górze.
– Jeśli rzucę ci linę, to dasz radę się wspiąć?! – zapytał, a ja uniosłem głowę. Oślepiło mnie słońce.
– Nie wiem…
– Dobra, obwiąż się nią. Ja cię wciągnę.
Niedługo potem leżałem na zielonej trawie obok bliźniaka i wpatrywałem się w chmury. Muszę tylko trochę odpocząć. A potem tak zabiję go za grzebanie mnie w pudle po telewizorze.
– O! – Przypomniało mi się coś. – Tom, dlaczego bawiłeś się w magika moim kosztem? – zapytałem, mrużąc oczy i rozglądając się za czymś ostrym, czym mógłbym go zabić albo przynajmniej dotkliwie okaleczyć.