środa, 24 lipca 2013

11.

   Kiedy znów ujrzałem wnętrze grobowca, szczerze pożałowałem, że kiedykolwiek wpadłem na pomysł, żeby wrócić po te cholerne naczynia. W końcu wcale nie musieliśmy wiedzieć, czy Bill jest wypchany – to i tak nie uczyni go znowu człowiekiem i nie pomoże nam rozwiązać problemów. Najrozsądniej byłoby więc wrócić do hotelu i zacząć pakować walizki. Ta wyprawa naprawdę nie ma żadnego sensu i nie powinniśmy byli decydować się na nią w pośpiechu…
   Starałem się jakoś usprawiedliwić swoje tchórzostwo, ale za bardzo się go wstydziłem, żeby wypowiedzieć na głos swoje myśli i nakłonić brata do odwrotu. Starałem się nie okazywać, jak bardzo się boję ciemnej, zamkniętej przestrzeni, ale nie było to łatwe. Kilka razy przyłapałem się na tym, że chowam się za plecami Billa lub próbuję złapać go za rękę. Nie rozumiałem swojego lęku, w końcu wiedziałem, że w tym grobowcu nie zobaczę już żadnej mumii, poza tym nie jestem sam… Irytowało mnie moje irracjonalne zachowanie i coraz trudniej przychodziło mi walczyć z chęcią ucieczki i zostawienia brata samego w ciemnym korytarzu.
   Wreszcie wkroczyliśmy do samej komory grobowca. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy, gdy przebywaliśmy tu ostatnim razem – ściany pokryte rysunkami, pełno posągów i naczyń oraz sarkofag, w którym przez kilka tysięcy lat spoczywał mój brat. Spojrzałem na niego i natychmiast posmutniałem. Wydawał się taki nieszczęśliwy… Stał przygarbiony, ze spuszczoną głową, nie mając już sił, żeby zmierzyć się z przeciwnościami losu. Podszedłem do niego i objąłem go po bratersku. Mocno się we mnie wtulił, wzdychając głośno, a potem zaczął się trząść. Płakał, chociaż nie mógł uronić ani jednej łzy.
   - Ciii, spokojnie – wymruczałem uspokajająco. – Zabieramy te urny i zaraz stąd pójdziemy. Nie płacz już, proszę…
   - Nie będę – powiedział, wyplątując się z moich objęć, po czym dodał już ciszej – postaram się.
   Oczywiście nie wierzyłem w te jego zapewnienia, wciąż mając w pamięci jego ataki histerii i użalanie się nad sobą, ale nie powiedziałem tego na głos, żeby znowu nie sprawić mu przykrości. Nigdy nie grzeszyłem wyczuciem taktu, jednak w tej sytuacji to będzie musiało się zmienić. Nie mogę wciąż ranić brata i pozwolić, żebyśmy przez to oddalili się od siebie. Jestem mu potrzebny bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i nie mogę go zawieść.
   Rozejrzałem się w poszukiwaniu tych naczyń i poczułem, że zaraz zwariuję. W grobowcu znajdowały się dziesiątki najróżniejszych dzbanów, pokrytych najwymyślniejszymi wzorami, które jednak nic mi nie mówiły. Nie miałem pojęcia, które z nich to te, których poszukujemy.
   - Bill? – Szturchnąłem brata, który stał zamyślony i w ogóle nie reagował na to, co do niego mówiłem. – BILL!
   - C-co? – wyjąkał zaskoczony.
   - Pamiętasz może jak wyglądały te urny?
   - Chyba… Chyba pamiętam… – wyszeptał cicho, a potem zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Ręce mu drżały ze zdenerwowania. Może lepiej by było, gdyby nie miał się nigdy dowiedzieć, czy nadal posiada narządy wewnętrzne…
   - SĄ! – Usłyszałem jego rozpaczliwy krzyk i pożałowałem, że jednak nie uciekłem. Uniknąłbym w ten sposób kolejnego ataku histerii.
   Odwróciłem się w stronę bliźniaka, akurat żeby zobaczyć, jak podnosi pokrywę naczynia, wyrzeźbioną w kształcie ludzkiej głowy i zagląda do środka.
   - NIE! TO NIE MOŻE BYĆ PRAWDA! – Bill krzyknął rozpaczliwie, upuścił pokrywę i rzucił się do wyjścia.
   Nie pozwoliłem mu jednak uciec. Chwyciłem go mocno i próbowałem uspokoić, ale on wciąż wierzgał, głośno lamentował i nie chciał mnie słuchać. Wreszcie nie wytrzymałem i pozwoliłem mu się wyrwać, po czym chwyciłem naczynie porzucone przez Billa, szybko nakryłem i spróbowałem podnieść. Było bardzo ciężkie i nieporęczne. Niechętnie stwierdziłem, że trzeba będzie zanieść do samochodu każde z osobna. I będę musiał zająć się tym sam, bo bliźniak pewnie rozpacza gdzieś w kącie i nie będzie zdolny do pomocy.
   Po wielu próbach udało mi się przytargać do wejścia do grobowca ostatnie z czterech naczyń. Odetchnąłem z ulgą, widząc je wszystkie w nienaruszonym stanie, bo podczas przenoszenia niejednokrotnie wydawało mi się, że ciężka urna wyślizgnie mi się ze spoconych rąk, spadnie na posadzkę i rozbije się na tysiąc kawałków.
   Rozejrzałem się dookoła, poszukując brata. Wreszcie udało mi się go zauważyć. Siedział oparty o koło auta, chowając twarz w dłoniach. Wydawał się bardziej przybity niż kiedykolwiek wcześniej. No, może pomijając chwilę, w której dowiedział się, że stracił włosy.
   - Bill… Wszystko w porządku? – Trzeba było jakoś zacząć rozmowę.
   - W PORZĄDKU?! NIC JUŻ NIE BĘDZIE W PORZĄDKU!
   - Uwierz mi, wszystko się ułoży. Obiecuję, dopilnuję te…
   - JAK TO WSZYSTKO SIĘ UŁOŻY? JESTEM PASKUDNY, NIE MAM MÓZGU, WĄTROBY, JELIT, PŁUC, WŁOSÓW I PAZNOKCI! No bo te szpony to nie są paznokcie, nie? – Pieszczotliwie pogładził swoją dłoń.
   - Ale żyjesz! Jesteś tutaj ze mną! To mało? – Jego biadolenie zaczynało działać mi na nerwy.
   - Co to niby za życie? – jęknął. – Kto pokocha taką szkaradę jak ja?
   - Ja cię kocham – powiedziałem i zrobiło mi się wstyd. Nigdy nie potrafiłem otwarcie mówić o swoich uczuciach, bardzo mnie to krępowało. Jednak bliźniak chyba nie zwrócił uwagi na to wyznanie, bo tylko pociągnął nosem i głośno westchnął. Dobrze wiedziałem, że to wstęp do dalszego rozpaczania i zanim zdążył otworzyć usta, wstałem i zacząłem pakować urny do samochodu. Im szybciej wrócimy do hotelu, tym lepiej.

   Przez całą drogę nie odzywaliśmy się do siebie. Bill był niespokojny, wciąż się wiercił i spoglądał w moją stronę, kiedy myślał, że nie zwracam na niego uwagi. Wiedziałem, że prędzej czy później nie wytrzyma i powie mi, co nie daje mu spokoju…
   Nie myliłem się. Kiedy znaleźliśmy się już w pokoju hotelowym, brat zbliżył się do mnie niepewnie.
   - Czy wiesz, jak… jak… jak umarłem? – wyjąkał cicho.
   Tego się nie spodziewałem. Nie miałem pojęcia, co mam mu odpowiedzieć.
   - A dlaczego pytasz? – wykrztusiłem wreszcie.
   - Hmm… Jak by ci to wyjaśnić… Sarkofag. To trumna, prawda? Skoro leżałem w trumnie, to musiałem jakoś umrzeć, prawda? Tylko sęk w tym, że tego nie pamiętam. Rozumiesz?
   - Pewnie – mruknąłem urażony, wpatrując się w podłogę. – Nie musisz mi tego tłumaczyć, sam się domyśliłem.
   - Doprawdy? – Bliźniak zrobił nadąsaną minę, po czym znowu zaczął biadolić. – Jestem trupem, wstrętnym, zimnym trupem bez paznokci…
   Przewróciłem oczami, ale Bill wcale nie miał zamiaru przestać narzekać.
   - I nie będę mógł założyć mojej ukochanej, prześwitującej bluzeczki, bo wszyscy zobaczą tę obrzydliwą skórę! Będę musiał chodzić wszędzie w golfie i rękawiczkach, do tego czapka i ciemne okulary… Bo makijaż tu chyba już nie pomoże, prawda? Nic mi nie pomoże! Jestem brzydki, brzydki, BRZYYYDKI!
„I wkurzający” – dodałem w myślach, ale nie ośmieliłem się powiedzieć tego głośno.
   - Nie zbaczajmy z tematu, dobrze? Więc skoro chcesz wiedzieć, nie mam zielonego pojęcia, w jaki sposób umarłeś… W każdym razie na śmierć naturalną byłeś trochę za młody.
   - Chyba nie sądzisz, że… Że ktoś mnie zamordował? – wyszeptał niepewnie, jakby pragnąc, żebym zaprzeczył.
   - Nie wiem. Równie dobrze to mógł być jakiś wypadek… Zresztą sam powinieneś wiedzieć, jak zginąłeś, mnie wtedy jeszcze nie było na świecie.
   - Bardzo zabawne – zakpił. Coś w jego głosie powiedziało mi, że to wcale nie koniec narzekania na dzisiaj. – Bez względu na to, jak do tego doszło, jestem trupem, wstrętnym, zimnym tru…
   - Mówiłeś to już.
   - Mówiłem, ale to wciąż do mnie nie dociera, więc mówię jeszcze raz. Jestem tru…
   - Proszę, nie mów tego.
   - Dlaczego?
   - Bo to mnie irytuje.
   - A mnie nie? Nie chcę być mumią. Wstrętną, brzydką, mart…
   - BILL!
   - Potrafisz się tylko czepiać! Zachowujesz się, jakbyś to ty był tą zimną, ohydną…
   - PRZESTAŃ!
   - Nienawidzę cię! – wrzasnął bliźniak i zanim zdążyłem odpowiedzieć, wybiegł z pokoju.
   Świetnie, po prostu świetnie. Nasze wspólne życie układa się wręcz idealnie. Tak, o tym właśnie marzyłem przez te dwa lata… Cudownie, naprawdę cudownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz