środa, 24 lipca 2013

13.

   Kiedy ujrzałem bliźniaka, tulącego się do urny, wiedziałem już, że za nic w świecie nie możemy zostawić tutaj tych naczyń. Pozostawał tylko jeden problem: transport urn do Niemiec. Wywożenie zabytków z Egiptu było surowo zabronione. Musieliśmy wymyślić jakiś sposób, żeby narządy dotarły bezpiecznie do naszego domu, a my uniknęli zatrzymania. Poprawka: ja musiałem wymyślić, bliźniak ostatnio nie był zdolny do niczego poza biadoleniem i użalaniem się nad sobą.
   Delikatnie odepchnąłem bliźniaka od urny, wziąłem głęboki wdech i zajrzałem do środka, po czym szybko nakryłem naczynie pokrywką. Brr, obrzydliwe! A te naczynia… cholernie nieporęczne. Jak to przewieźć, nie zwracając niczyjej uwagi? Przecież ludzie kontrolujący bagaże znają się na zabytkach starożytnego Egiptu lepiej ode mnie i bez trudu zidentyfikują autentyczne elementy wyposażenia grobowca. Cholera, cholera, cholera. Przez zachcianki Billa wylądujemy prawdopodobnie w więzieniu. Normalnie cieszmy się i radujmy.
   Chwileczkę… A gdyby zostawić te stare skorupy i zabrać do domu tylko zawartość? Ukrytą w jakichś pudełkach czy torebkach, głęboko w walizce z właściwym bagażem? W ten sposób to chyba mogłoby się udać. Tak, to chyba najlepszy sposób. W każdym razie, nie mieliśmy już czasu, żeby wymyślić coś innego, do lotu pozostały niecałe trzy godziny. Musieliśmy szybko uporać się z tym zadaniem i odjeżdżać bez chwli zwłoki.
   Schody zaczęły się dopiero przy realizacji planu. Mdliło mnie na sam widok tych narządów, które wcześniej stanowiły części ciała Billa, a zupełnie sobie nie wyobrażałem dotykania ich i przenoszenia w inne miejsce.
   - Bill! – wrzasnąłem do bliźniaka, który właśnie przyglądał się swoim paznokciom i głośno pociągał nosem.
   - Czego znowu chcesz?! Nie widzisz, że snuję właśnie refleksję na temat ludzkiej egzystencji, wypełnionej bólem i cierpieniem, o świecie, w którym niewinni cierpią, a występni triumfują…
   - Taaa, o świecie. Pewnie o paznokciach – prychnąłem pogardliwie. Refleksja, też mi coś! Znowu mu się zebrało na smęcenie, smętek jeden. O, właśnie. Smętek. – Posłuchaj, kochany Smętku, jeżeli chcesz zabrać do domu swój mózg i resztę, to chodź tutaj i przenieś go z urny do pudełka, dobrze?
   Reakcja była natychmiastowa. Szkoda, że zupełnie inna, niż się tego spodziewałem.
   - Smętku? SMĘTKU?! Nie jestem żadnym Smętkiem! Jesteś okrutny, nie potrafisz ocenić rozmiarów tej tragedii, która mnie spotkała i do tego chcesz mnie wykorzystać! Nie rozumiesz, że moje biedne paznokcie i zszargane nerwy nie pozwalają mi podejmować JAKIEJKOLWIEK pracy! Przenoszenie tych naczyń źle wpłynie na moją psychikę i trafię do wariatkowa! O ja biedny! O ja nieszczęsny! Zostaw mnie w spokoju, brutalny potworze! Nienawidzę cię!
   „I vice versa” – pomyślałem i przygotowałem się na wielki wstrząs. Jeśli zemdleję, Bill będzie musiał mnie ocucić. Odmawiając pomocy, musiał się liczyć z taką ewentualnością. Wziąłem jeszcze głębszy wdech i odsunąłem pokrywkę. Szybko naciągnąłem na ręce rękawiczki i starając się zbytnio nie skupiać na tym, jak bardzo obrzydliwa jest rzecz, którą trzymam w ręku, prędko wcisnąłem ją do pudełka, starając się pohamować mdłości. Zerknąłem z ukosa na Billa. Chyba nadal „snuł refleksję”, tylko tym razem nie wpatrywał się w paznokcie, ale w kawałek lustra. Stuprocentowy narcyz, ot co!
   Złość na brata wyparła częściowo mumiofobię, chociaż wciąż czułem okropne mdłości. Zatrzaskując w końcu pudełko, obiecałem sobie, że nie będę już pozwalał bratu tak się wykorzystywać i nie będę więcej okazywał mu współczucia, bo to będzie dla niego woda na młyn. Wepchnąłem pudło z narządami w głąb walizki, złapałem bliźniaka za ramię i niemal siłą zaciągnąłem go do samochodu. Czułem, ze moje oburzenie powoli ustępuje, ale nie chciałem się do tego przyznać i wciąż trzymałem się na dystans. Bliźniak zresztą nawet nie ryzykował zbliżenia, dobrze wiedział, że kiedy się gniewam, łatwo mnie sprowokować.
   Wysiadający z samochodu Bill przedstawiał sobą widok zarówno komiczny, jak i żałosny. Podczas gdy temperatura wynosiła ponad czterdzieści stopni Celsjusza, mój brat miał na sobie długie spodnie, golf, rękawiczki, ciemne okulary zasłaniające pół twarzy i czapkę. Szyję owinął szalem, który przy okazji osłaniał też jego usta i podbródek. Wiedziałem, że jest mu bardzo gorąco, ale bliźniak ani pisnął. Najwyraźniej to, jak postrzegają go inni, było dla niego ważniejsze od wygody.
   Z duszą na ramieniu położyłem nasz bagaż na taśmie, ale odprawa przebiegła bez problemów. No, chyba że uwzględnimy sytuację, gdy Bill nie zrozumiał, że ma zdjąć tylko pasek i zaczął krzyczeć, że nie będzie się rozbierać i zadzwoni na policję, jeżeli ci ludzie nie zostawią go w spokoju. Gdy wkroczyliśmy na pokład samolotu, miałem już serdecznie dość Egiptu i kiedy oderwaliśmy się od ziemi, w końcu zaczął mi dopisywać humor, ale oczywiście Bill musiał wszystko zepsuć.
   - W końcu wyjeżdżamy z tego okropnego Egiptu! Tom, wyobraź to sobie, tam nie mieli prawie wcale takich kosmetyków jak teraz! Tylko jakieś tłuste paskudztwa, fuj, że też moje kochane włosy musiały to znosić… – Na samą myśl o włosach zrobił smutną minę, ale zanim zdążyłem go zwymyślać za narzekanie, szybko powrócił do tematu. – Tam było tak brudno, paskudnie, niezbyt sterylne warunki… I nie było dużej wanny pełnej piany, kiedy wrócimy do domu, wreszcie będę mógł się wykąpać i moje biedne, kochane ciałko wreszcie odpocznie… I za to właśnie kocham swój kraj. Deutschland, Deutschland über Alles! – zaintonował głośno.
   - Bill! – syknąłem.
   - Co? – Uff, przestał śpiewać, ale i tak się spóźniłem. Świetnie, wszyscy pasażerowie się na nas gapią.
   - Jesteśmy w samolocie.
   - No i co z tego? – Spojrzał na mnie jak na idiotę. Kretyn.
   - Wiesz, jak by ci to wyjaśnić… Śpiewanie na cały głos hymnu III Rzeszy w samolocie… To chyba nie jest normalne zachowanie.
   - Jesteś okropny! To już nawet nie mogę wyrazić swoich uczuć, tak? Ani rozpaczać, ani się cieszyć. Za kogo ty mnie masz, za jakiegoś cyborga?
   - Nie, wcale nie. Dobra, śpiewaj sobie ten hymn, to już lepiej, niż gdybyś zaczął krzyczeć „Allah akbar”.
   - A wiesz, zrobię to, jeśli tak nalegasz. ALLAH…
   - BILL!
   - No dobrze, żartowałem. Ale z ciebie sztywniak, nawet pożartować nie można… – Zawiesił nos na kwintę i odwrócił się do okna.
   Pasażerowie nadal się w nas wpatrywali. Dało się też słyszeć nerwowe szepty.
   - Oni tak na serio z tym Allahem?
   - To na pewno terrorysta, taki zamaskowany, tylko oczy widać! Trzeba zawiadomić pilota!
   - Boże, ratuj nas!
   - Tu musi być bomba! Zginiemy, wszyscy zginiemy! Koniec świata jest bliski!
   Niezłe zamieszanie. Jak tylko dolecimy do domu, Bill dostanie za swoje. Zebrało mu się na patriotyczne zrywy…
   - Nie przejmujcie się – powiedziałem w końcu. – On jest trochę upośledzony, nie jest świadomy tego, co mówi. Możecie być spokojni.
   Nie wiem, czy mi uwierzyli, czy też nie, ale na pokładzie zapanował spokój. Tylko Bill nadal spoglądał przez okno, pomrukując gniewnie: „Upośledzony… Upośledzony… Ja cię zaraz upośledzę…”. Nie brałem tych pogróżek na poważnie, ale i tak do końca lotu trzymałem się z dala od Billa.
   Kiedy wreszcie opuściliśmy pokład i odebraliśmy bagaż, mogłem odetchnąć z ulgą. Wszystko poszło zgodnie z planem i nikt nie zauważył, że wywieźliśmy coś cennego z Egiptu. Byłoby wręcz doskonale, gdyby nie obrażony na cały świat bliźniak. Przez całą drogę do domu nie odzywaliśmy się do siebie. Na szczęście bliźniak nie zwracał na mnie uwagi, więc mogłem wpatrywać się w niego do woli. Znowu zamiast się wściekać, czułem tylko nieopisany żal i współczucie. Było też coś wzruszającego w tym, jak przyglądał się krajobrazom za oknem. Mój Billy wreszcie wraca do domu.
   Kiedy zmęczeni podróżą wygramoliliśmy się z taksówki, mój brat nie mógł dłużej czekać. Szybko przebiegł przez cały ogród i dopadł masywnych dębowych drzwi. Wręcz się na nich rozpłaszczył. Nie wziął tylko pod uwagę tego, że klucze miałem ja, a dotarcie do domu zajęło mi trochę więcej czasu, bo oczywiście Bill nie raczył ani trochę mnie odciążyć i musiałem zanieść do domu cały nasz bagaż. Gdy wreszcie wyczerpany dołączyłem do bliźniaka, on niemal wtulił się w te drzwi. Nie potrafił dłużej czekać, wyrwał mi z ręki klucze, ale ręce tak mu się trzęsły, że nie mógł trafić do zamka. W końcu udało mu się przekręcić klucz i zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, rzucił się pędem do swojego pokoju. Szybko podążyłem za nim, obawiając się, że zrobi sobie krzywdę.
   Sypialnia bliźniaka przez te dwa lata została zachowana w nienaruszonym stanie. Wszystkie przedmioty stały na swoim miejscu, nie ruszałem tutaj niczego, może tylko podczas odkurzania, ale robiłem to bardzo rzadko. Nowocześnie urządzone, przestronne pomieszczenie jakby czekało na powrót Billa. Będąc tak blisko, dobrze czułem radość i wzruszenie brata. Obserwowałem, jak bliźniak wdrapuje się na łóżko i gładzi delikatnie jedną z wzorzystych poduszek, którym było usłane. Później podszedł do dużego okna z widokiem na ogród i uśmiechnął się szeroko, widząc stojące na parapecie kwiaty. Wreszcie na paluszkach przemierzył biały, puszysty dywan i zbliżył się do świętego miejsca – wysokiej szafy z lustrem. Z nabożną czcią otworzył drzwi do swojego królestwa… i krzyknął rozdzierająco.
   - Nie… Nie, nie! NIE!
   - Co się dzieje? – wyjąkałem przestraszony. Dałbym głowę, że nigdy nawet nie zajrzałem do jego szafy. No, może wkładałem tam coś na mole, ale nic nie ruszałem, przysięgam…
   - Tom, minęły dwa lata! Calutkie dwa lata… Wszystkie moje ubrania, calutka szafa… One są już niemodne, rozumiesz? Niemodne! Ja, Bill Kaulitz, mam niemodne ubrania!
   - Nie przejmuj się. – Próbowałem go pocieszyć. – Stare trendy co jakiś czas powracają, więc na pewno masz w szafie coś, co się nadaje.
   - O nie, Tom, to nie to samo! Jak można być takim ignorantem? Tak, ty możesz sobie chodzić w starych szmatach, ja muszę być piękny i stylowy. Słynę z wyczucia stylu! – Normalnie bym się spierał, ale tym razem dam bliźniakowi spokój. – Muszę mieć nowe ubrania od najlepszych projektantów! Mój Boże, kto by pomyślał, niemodne… NIEMODNE!
   Bliźniak tak skutecznie odwrócił moją uwagę swoim lamentowaniem, że nie zdążyłem zareagować, gdy wybiegł z pokoju, zabierając ze sobą moją kartę kredytową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz