Angel – Tom (rozdziały z kropką za numerem)
Unda – Smętuś (rozdziały bez kropki za numerem)
___________________________________________________________
Poczułem „coś”, dziwne dreszcze przebiegające po całym moim ciele. Wydaje
mi się, że rozprzestrzeniały się w górę od stóp, ale nie mam pewności, bo gdy
do mojej świadomości dotarło, że jest inaczej niż dotychczas, po tym „czymś”
pozostało już tylko nieprzyjemne mrowienie. Wiedziałem, że zaczęło się coś, na
co od dawna czekałem, ale nie pamiętałem, co to miało być. Czułem się tak,
jakbym dopiero co obudził się z bardzo długiego snu i raczej nie miałem ochoty
się nigdzie ruszać. No, ale… Otworzyłem oczy. I natychmiast je zamknąłem. Na
Horusa, skąd ten oślepiający blask?! Gdzie ja w ogóle jestem?! Bo ani słońce,
ani żadna pochodnia nie dają tak ostrego światła. Na pewno nie jestem w moim
domu w Abdżu. I nie przysnęło mi się w świątyni, prawda!? Poczułem
obezwładniający strach. Bogowie będą się za tę zniewagę gniewać! Zabiorą mnie z
tego świata, a moje serce pożre demon!
Nagle coś przygniotło moją klatkę piersiową. A więc to koniec. Otworzyłem
oczy, gotowy by spojrzeć w jasne oblicze Ozyrysa. Ale nie zobaczyłem nad sobą
boga. Ktoś właśnie odwracał się ode mnie i chciał odejść. Znam tę twarz!
Chwyciłem mężczyznę w dziwnie zaplecionych czarnych włosach za nadgarstek i
mocno zacisnąłem palce. Potrzebowałem trochę dodatkowego czasu, żeby sobie
przypomnieć, kim jest nieznajomy. Odniosłem wrażenie, że powinienem go
pamiętać, że jest kimś ważnym. Czując mój dotyk, chłopak odruchowo się odwrócił
i spojrzał na uwięzioną w moimi uścisku dłoń. Z jego ust wydobył się
przeraźliwie głośny, niegodny mężczyzny, dziewczęcy pisk. Moje uszy! Wypuściłem
jego rękę, żeby zasłonić dłońmi bolącą część ciała. Dźwięki odbijały się od
kamiennych ścian pokrytych pismem. Ale to było nieważne, bo rozpoznałem w
dziwnie ubranym człowieku swojego brata. To była ta sama twarz, ta, której nie
widziałem od lat. Te brązowe tęczówki, w których malowało się przerażenie.
Tylko fryzura inna.
– Tom – wychrypiałem, ale jego już nie było.
Przebłyskami wracało wszystko, co się działo od kiedy ostatni raz go
widziałem. Eksperymenty, błysk niebieskiego światła i… Egipt. Potem nauka życia
w tym starożytnym, zacofanym świecie…
– Tom…
Podniosłem się do pozycji siedzącej, potem stanąłem na chwiejnych nogach.
Po cholerę ktoś wsadził mnie do tego kamiennego pudła? Kopnąłem je z całej
siły.
– Au!
Zacząłem podskakiwać na jednej nodze, a gdy ból trochę się zmniejszył,
ruszyłem w pogoń za bratem. Minąłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Biec nie
mogłem, bo coś krępowało moje ruchy. Stałem tam przez chwilę i zastanawiałem
się, w którą stronę mam iść. Naprawdę trudny wybór: albo wrócić do… Co to
właściwie jest? Jakaś krypta? Co ja tu robię? No, w każdym razie… Wrócić do
pomieszczenia, z którego dopiero co wyszedłem, czy ruszyć korytarzem przed
siebie? Tak, korytarz był tylko jeden, żadnych odnóg. O czym to ja… Acha… To
którą z dróg mam iść? Wreszcie zdecydowałem.
W pewnym momencie, tuż przed minięciem załomu korytarza, usłyszałem cichy
śmiech.
– Tom… – odezwałem się, ale zbyt cicho, by ten mógł mnie usłyszeć. –
Znalazłem cię.
Zrobiłem jeszcze kilka kroków i wreszcie go zobaczyłem. Stał pod ścianą i
wyraźnie się czegoś bał. Czegoś, co musiało być za mną, wnioskując z jego
spojrzeń. Odwróciłem głowę, by sprawdzić, co tak przeraziło mojego brata, który
nie bał się nawet tych głupich eksperymentów, które rozdzieliły nas na te dwa
okropne lata. Hm… Nie jestem do końca pewny, jak to się stało, ale zakręciło mi
się we własne nogi i upadłem. Spróbowałem podeprzeć się na zdrętwiałych rękach
i wstać. A mój brat patrzył na mnie i nie raczył ruszyć swoich szlachetnych
czterech liter, żeby mi pomóc.
– Na co się tak gapisz, Tom? Bliźniaka nigdy nie widziałeś? – Widząc, że
nadal nie ma zamiaru się ruszyć, postanowiłem dać mu dokładniejsze instrukcje.
– Może byś mi pomógł wstać, co?
Wyciągnąłem w jego stronę rękę, a on się odwrócił i wypuszczając z ręki
latarkę (wyjaśniło się, skąd to oślepiające światło), zaczął uciekać na oślep.
– Tom! Czekaj! – wychrypiałem, podnosząc się wreszcie z ziemi. – Nie w
tamtą stronę! Uważaj! – krzyczałem, ale było już za późno. Mój bliźniak
rozpłaszczył się na ścianie i osunął po niej na dół. Podbiegłem do niego i
pogładziłem po prawym policzku otartym o ostrą skałę.
– Tom? Tommy? Słyszysz mnie?
Ułożyłem jego głowę na swoich kolanach. Zastanawiałem się, dlaczego cały
jestem w bandażach. To głupie. Zacząłem powoli rozwijać pasma pożółkłego
materiału, ale gdy odkryłem lewe ramię, zrezygnowałem. Moja skora pod
opatrunkiem była dziwnie wysuszona i napięta. Raczej nie miałem chęci tego
oglądać. Znowu dotknąłem policzka brata, drugą ręką przerzucając na bok
warkoczyki, które zasłaniały jego twarz.
– Tommy? – odezwałem się, rejestrując ruchy gałek ocznych pod jego
powiekami.
Zamrugał i wzdrygnął się. Wyciągnął rękę do góry, w stronę mojego policzka.
Poczułem mrowienie, gdy dotknął bandaży. Prawie natychmiast uniósł też głowę i
usiadł na piętach naprzeciwko mnie, kładąc ręce na moich ramionach. Jego oczy
były pełne strachu, niedowierzania, ale i… radości.
– Bill? To ty? To naprawdę ty?
Kiwnąłem głową. Nic innego nie byłem w stanie zrobić, bo jakaś gula dławiła
moje gardło. Chciałem płakać ze szczęścia, że po tak długim czasie wreszcie
znowu go widzę, ale moje oczy były nieprawdopodobnie suche. I piekły, przy
każdym mrugnięciu.
– Bill… – Głos Toma się załamał. – Nareszcie cię znalazłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz