środa, 24 lipca 2013

14



Gdy wybiegłem z domu, na podjeździe zobaczyłem pojazd, którym przyjechaliśmy z Tomem do domu. Smukłe, czerwone BMW, którego modelu nie znałem, lśniło w promieniach słońca. Nowy samochód bliźniaka.
– Skąd on niby miał na nie kasę? – zapytałem sam siebie. O, nie! Zły znak. Nie powinienem gadać sam ze sobą… – Na pewno zamiast się o mnie zamartwiać i prowadzić poszukiwania wolał kupić kupę złomu – mamrotałem pod nosem, ale zaciekawiony przesunąłem palcem po masce. I wszystko byłoby w porządku, gdybym tylko nie miał szponów zamiast paznokci. – Ups…
– Bill? – Ręka bliźniaka spoczęła na moim ramieniu, a ja szybko zasłoniłem swoim ciałem rysę. – Szukałem cię przez te lata, przecież wiesz. Samochód kupiłem dzień przed tym, jak zniknąłeś… Miał być prezentem…
– Kłamiesz! – krzyknąłem, próbując odwrócić jego uwagę od tego, co zrobiłem. – Kupiłeś go za odszkodowanie, które ci dali za to, jak ja teraz muszę wyglądać! Wolałbyś mnie zamienić na samochód! Popatrz! Popatrz! – Zsunąłem z głowy czapkę i pokazałem palcem swoją łysą głowę. – Ty rozumiesz w ogóle, co mi zrobiłeś?! Ja cierpię, Tom! CIERPIĘ! A ty sobie kupujesz durny kawał złomu za pieniądze, które miały być na moje upiększenie! Jesteś samolubem! Jak mogłeś marnować…
– Uspokój się, Bill, proszę
– Nie mam zamiaru się uspokajać! Chcę odzyskać moje włosy i gładką skórę! A nie mam grosza przy duszy i nie mogę tego zmienić! Bo jak ja mam w takim stanie gdziekolwiek się pokazać? Ja, który kiedyś miałem w planach chodzenie po wybiegach największych i najsławniejszych pokazów mody?! Ja, który miałem do tego predyspozycje?! – Machałem rękami na wszystkie strony, żeby podkreślić znaczenie tego, o czym mówiłem. – Teraz nawet w głupim spożywczaku nie mogę za ladą stanąć, bo odstraszyłbym klientów! – zamarłem. Chwila, wróć. Co ja w ogóle plotę? Ja i kasa sklepowa? Zamrugałem… – Nie, czekaj. I tak bym nie mógł pracować w sklepie. Moja duma by tego nie zniosła… Wiesz, zgniłe owoce, warzywa… – Spojrzałem w oczy Toma. A raczej spojrzałbym w nie, gdyby nie jeden istotny problem. Najpierw natknąłem się na jego usta. Od których nie potrafiłem odwrócić wzroku. Brakowało mi po prostu słów, żeby opisać to, co czułem, patrząc na te rozchylone wargi. Dopiero po chwili zdolność mówienia wróciła. – Czego tak otwierasz dziób, jak jakiś pisklak po robaki?! Nie nakarmię cię, bo… Bo jestem bankrutem! Rozumiesz?! Bill Kaulitz jest BANKRUTEM! Nie mam kasy na ubrania, kosmetyki, biżuterię… NA CIEBIE TYM BARDZIEJ NIE MAM! Okradłeś mnie! Własny brat mnie okradł… – Pociągnąłem nosem, choć właściwie nie miałem kataru. – Jak mogłeś, Tom?! Jak mogłeś?! Przez ciebie jestem biedny! Nie chcę być biedny… Teraz ty będziesz musiał na nas zarabiać! Sam dotykaj tych zgniłych rzeczy! – Założyłem ręce na piersi i czekałem na reakcję, ale bliźniak nadal stał tylko z otwartymi ustami… Otwartymi szerzej niż wcześniej… Ja mu dam! Powinien mnie na kolanach o wybaczenie prosić, a on co? Stoi i lampi się na mnie… Czuję się załamany…
Odwróciłem się tyłem do brata, szukając czegoś twardego, w co mógłbym uderzyć głową, a że za sobą miałem tylko samochód to…
– Trzy… – zacząłem odliczać. – Dwa… – Jeszcze chwila i sobie ulżę…
– Bill? Powinienem teraz uciekać? – zapytał cicho Tom, prawdopodobnie cofając się o krok, bo usłyszałem chrzęst kamyków na podjeździe. – Dasz mi chwilę na wyjaśnienia, jak już się trochę uspokoisz? – Kolejny jego krok w tył.
– Jeden… – Nie siliłem się nawet na odpowiedź, bo nie miało to sensu. I tak nie zrozumiałby, jak bardzo mnie wkurza. – Zero!
Lekkie odchylenie do tyłu, żeby potem mocniej uderzyć w szybę. Szybę?! Twarzą?! Nieee! Tylko nie moja twarz! Stop. Stop! STOP! Bill! Jesteś teraz kruchy! Porysujesz sobie skórę rozbitym szkłem! Och… Za późno! Moja głowa uderzyła w cel. Żegnaj, życie! Żegnaj, okrutny świecie!
Ciemność.
***
Otworzyłem oczy. I stwierdziłem, że w skutek jakiegoś błędu musiałem trafić do piekła. Skąd takie wnioski?, mógłby ktoś zapytać. Już udzielam odpowiedzi. Otóż… Znowu ktoś mnie obwinął bandażami! A to znaczyło, że nie jestem w niebie, bo tam na pewno oddaliby mi moje piękne ciało, żebym nie czuł się gorszy od aniołów. Ot co! Bill Kaulitz brzydszy od aniołów?! Ha! Nie, raczej nie.
Tak, czuję się paskudnie w tej postaci. Ale dziękuję, że ktoś pyta. I w dodatku ten ktoś włożył mnie do kartonowego pudła. Zamkniętego. Małego. Ciemnego. Pełnego stęchłego powietrza. Pudła, którego ściany i „sufit” właśnie zaczęły na mnie napierać.
– Aaa!!! – Co się dzieje?! Ratunku! Pomocy! Aaa!!!
Coś uderzyło w boczną ściankę kartonu i w tej samej chwili pod moimi podkurczonymi kolanami przeszedł kawał metalowej blachy.
– Aaa!!! Ratunku, pomocy, ratunku, pomocy! Ćwiartują mnie! Aaa!!!
A założę się, że na zewnątrz nie znajdę Davida Coperfilda, który mnie potem poskłada! Co za idiota ćwiczy na mnie sztuczki magiczne?! Nie jestem żadnym pieprzonym ochotnikiem! Nie pisałem się na to! Wypuście mnie! Nie zgadzam się na bycie królikiem doświadczalnym jakiegoś pseudomagika! Wyciągnąłem ręce w górę, próbując otworzyć karton i, o dziwo, udało mi się! Do środka wpadło trochę ziemi i światło. Uratowany! Niech ja tylko dorwę w swoje ręce tego idiotę, który myśli, że potrafi czarować! Ja mu tak poczaruję, że nie będzie wiedział, gdzie ma głowę, a gdzie zadek! Ot co! Zaciągnąłem się świeżym powietrzem jak najlepszym papierosem, a potem ostrożnie wstałem i kogo zobaczyłem kilka metrów nade mną? Tak, Toma, który znowu miał rozchylone usta. Zawias mu się zepsuł czy co? Tak, pewnie tak. Nieważne. Przeniosłem spojrzenie na jego oczy, szukając w nich wytłumaczenia, dlaczego obudziłem się w kartonowym pudle na dnie jakiejś robaczywej dziury w ziemi, ale zobaczyłem tylko, że są zaczerwienione i szeroko otwarte. Po chwili straciłem go z pola widzenia.
– Ee… Tom? Jesteś tam? Możesz mi powiedzieć, co jest grane i czemu tu jestem? – Z góry dobiegło mnie ciche łkanie. – Tom?
Coś połaskotało mnie w dłoń w miejscu, gdzie zsunął się bandaż. Sięgnąłem drugą ręką, żeby się podrapać i… Natknąłem się na coś oślizłego. Strząsnąłem to i spojrzałem na dno pudła.
– Tom! Ratuj mnie! Ratuj! – krzyczałem, widząc obrzydliwą gąsienicę pełzającą po mojej prawej stopie. Próbowałem wbić palce w ziemię i czym prędzej wydrapać się a tej dziury, ale nie dość, że nie mogłem się porządnie zaczepić, to oblazły mnie mrówki. Małe, wredne stworzenia… Te co to tak kąsają i potem ciągle się drapiesz. Mało tego! Te bestie były czerwone! Odskoczyłem czym prędzej, uderzając plecami w przeciwległą ścianę ziemi i osuwając się po niej. – TOOOM!
Sekundę później bliźniak wskoczył do dołu i objął mnie ramionami. Obok niego zwisała gruba, pleciona lina.
– Bill! Jednak żyjesz!
– Skoro upierasz się, żeby moją marną egzystencję nazywać życiem…
– Potem. Teraz musimy się stąd wydostać. Dasz radę wspiąć się po linie? – Szarpnął za sznur, a on zsunął się na dno dołu. – Eee…
– Mówimy o tej linie, Tom? – zapytałem, chwytając wystrzępiony koniec i skubiąc go opuszkami palców. Bliźniak patrzył to w górę to na moje ręce i przez chwilę łapał powietrze, otwierając przy tym usta jak ryba wyjęta z wody. – Ups… Chyba mamy mały problem – stwierdziłem z przerażeniem patrząc, jak po mojej stopie pełznie dżdżownica. – Aaa!!! Zróbże coś, człowieku! – krzyknąłem, strzepując z siebie to obrzydlistwo i pakując się bratu na plecy. – Nie wytrzymam tu ani minuty dłużej! Masz mnie stąd natychmiast wyciągnąć!
– Zejdź z moich pleców, to spróbuję coś zrobić – mruknął Tom, goniąc w kółko jak pies za własnym ogonem. Kręciło mi się od tego w głowie, więc przywarłem do niego mocniej, próbując ukryć twarz w jego ramieniu. Trafiłem w kark. Mój zmył orientacji musiał już być nieźle pijany od tego wirowania. Pieprzony alkoholik! Poprawiłem pozycję i mocno obejmując bliźniaka udami, żeby się nie zsunąć, odmówiłem. – Bill, proszę…
– Zadzwoń po kogoś. Niech ktoś mi pomoże! – błagałem wtulony twarzą w jego szyję. Czy on musi się tak trząść?! Halo, jestem tutaj!
– Łaskoczesz – zachichotał. – Złaź. Nawet nie mam ze sobą telefonu.
– Nie ma telefonu. Phi! Jak można nie mieć telefonu w tych czasach? Ja nawet w epoce faraonów miałem! I co z tego, że nie miałem do kogo zadzwonić ani wysłać smsa, a bateria padła po trzech czy czterech dniach? Nie wspominając już o tym, że nie mogłem z niego wejść do Internetu i sprawdzić, jakie ubrania są modne w Starożytnym Egipcie… Przecież nie mogłem się pokazać w nieodpowiednich ubraniach już pierwszego dnia, prawda? To by o mnie naprawdę źle świadczyło. A ten nie ma telefonu… Jednego z największych dobrodziejstw współczesnego świata… Jak śmiałeś nie zabrać go na tak ważną ratunkową?! Czy tobie do reszty już mózg kosmici laserem wypalili? Nie wiesz, że zabiera się telefon ze sobą na takie akcje? I krótkofalówkę, i latarkę, i takie specjalne zaczepy do ścian, żeby móc się przemieszczać za pomocą lin… O! I linę! A… nie. O linie pomyślałeś. Szkoda tylko zapomniałeś ją przywiązać do czegoś tam, na górze…
– Przywią…
– Nie rozumiem, jak można być takim ignorantem i głupcem. Jak ty w ogóle sobie radziłeś beze mnie? Przecież gdybym ja cię nie zaczął jako dziecko uczyć to do teraz byś pewnie nie mówił…
– Och, zamknij się, Smętku jeden! – Chwycił mnie za splecione na jego brzuchu łydki i zrzucił z siebie. Mój tyłem wylądował na dnie pudła. To ja mu rad udzielam(Co z tego po fakcie?! Trzeba było zapytać wcześniej, a nie od razu zabierać się za robotę, o której nie ma się pojęcia!), a on mnie tak podle traktuje?! Już ja mu pokażę! Przestałem oddychać i zamknąłem oczy, leżałem w bezruchu. Niech się trochę pomartwi! Mógł mnie przecież zabić swoim chamstwem! – bill? – Dotknął ręką mojej twarzy. – Bill? Nie rób mi tego… Nie znowu…
– Znowu? – Otworzyłem oczy z zainteresowaniem i usiadłem, a bliźniak odskoczył. Stał pod ścianą na jednej nodze, drugą unoszą w górę zgiętą w kolanie, a twarz zasłaniał skrzyżowanymi w nadgarstkach rękami.
– Aaa!!! – Zachwiał się i upadł na kolana. O, właśnie! Tam jest twoje miejsce! Albowiem przepowiedziano: „na kolanach będziesz się czołgał i błagał brata swego genialnego, by pozwolił ci uczynić coś dla niego.” Dobra, wcale tak nie było, ale to tak ładnie brzmi, prawda? – Przestraszyłeś mnie!
– Nie musisz mi przypominać, jaką kreaturą sie stałem! Ile razy mam ci to powtarzać??! Jesteś takim złym bratem… Wygląd to nie wszystko, wiesz? Nadal jestem mądrzejszy od ciebie. – Parsknął śmiechem. – Dlaczego nie potrafisz tego docenić?! – jęknąłem żałośnie i zrobiłem minę smutnego psa. Smutnego psa w bandażach. Kurde… Pewnie i tak tego nie widać. Uniosłem kąciki ust z powrotem do góry.
– Przepraszam, dobra? – powiedział, choć wiedziałem, że wciąż walczy ze śmiechem. – Jako zadośćuczynienie spróbuję nas stąd wyciągnąć, dobrze?
Sceptycznie przypatrywałem się jego próbom wdrapania na górę. Trzy pierwsze polegały na tym, że osuwał się przy piątym wbiciu buta w ziemię. Kolejną próbę zrobił trochę bardziej na lewo. I doszedł do ponad połowy wysokości. A potem jeszcze krok i…
– Bill! Odsuń się! – Odskoczyłem, a on się zsunął. – Cholera. – Zdyszany pochylił się, opierając ręce na kolanach.
– Czemu odpuściłeś? Byłeś już tak blisko…
– Nie wiem. Po cholerę ja ci ten grób taki głęboki kopałem?
Oczy wyskoczyły mi z orbit.
– GRÓB?! Jaki znowu grób?!
– No…
– Chciałeś mnie pogrzebać żywcem?! Nie wystarczy ci już mojej męki?! – Rozejrzałem się wokół. – GDZIE, DO CHOLERY, JEST JAKIŚ PRZYZWOITY SARKOFAG?!
– To pudło…
– CHCIAŁEŚ… Nie, brak mi słów! Mój własny brat traktuje mnie jak śmiecia!
– Trzy dni czekałem aż się obudzisz po tym, jak skręciłeś sobie kark, idioto! – Zatkało mnie. Że ja? I skręcony kark? Że ja?! – Nie oddychałeś, nie otwierałeś oczu, nie ruszałeś się… Nie czułem twojego pulsu…
– A czego się spodziewałeś po takim stworzeniu jak ja?!
– Przecież teraz oddychasz…
– Bo chcę! Tom, jestem mumią! Mam ci to przeliterować? Normalne mumie nie budzą się po tysiącach lat w grobowcu, nie chodzą… Nie żyją! Dotarło? – Kiwnął głową. – więc nie każ mi tego powtarzać więcej. Nie lubię sobie o tym przypominać. I co to w ogóle znaczy, że skręciłem kark?
Tom podszedł do mnie i położył rękę ni moim ramieniu.
– Uderzyłeś głową w mój samochód i…
– więc to twoja wina! – Jego samochód! Jego! Za moje pieniądze! Złodziej, złodziej, ZŁODZIEJ!
– Nie moja! Uderzyłeś się i upadłeś. Nie wiedziałem, co się dzieje! Przeniosłem cię na moje łóżko i siedziałem przy nim dniami i nocami, obserwując, czy aby ci powieka albo palec nie drgnie! Doceń to!
– Tęskniłeś? – zapytałem cicho, widząc, jak w oczach bliźniaka zalśniło coś mokrego, ale zaraz odwrócił wzrok.
– Za tobą? I za twoim ględzeniem? Nie.
– Tęskniłeś… – Delikatny uśmiech zagościł na moich ustach i przysunąłem się do bliźniaka, by go przytulić. Chwilę tak staliśmy, wtuleni w siebie. Dobrze było mieć brata tak blisko i wiedzieć, że ciągle jesteśmy sobie tak bliscy. – A teraz spróbuj wejść na górę jeszcze raz, bo tu umrzesz – powiedziałem i odsunąłem się.
– A ty?
– Ja już jestem martwy, więc… I miałeś mi o tym nie przypominać!
– Och, tylko znowu nie smęć. Już nas stąd wyciągam. – usiadłem na dnie pudła i obserwowałem wędrówki mrówek, a Tom po raz kolejny podjął wspinaczkę. Jakimś cudem po kilku minutach zniknął na górze.
– Jeśli rzucę ci linę, to dasz radę się wspiąć?! – zapytał, a ja uniosłem głowę. Oślepiło mnie słońce.
– Nie wiem…
– Dobra, obwiąż się nią. Ja cię wciągnę.
Niedługo potem leżałem na zielonej trawie obok bliźniaka i wpatrywałem się w chmury. Muszę tylko trochę odpocząć. A potem tak zabiję go za grzebanie mnie w pudle po telewizorze.
– O! – Przypomniało mi się coś. – Tom, dlaczego bawiłeś się w magika moim kosztem? – zapytałem, mrużąc oczy i rozglądając się za czymś ostrym, czym mógłbym go zabić albo przynajmniej dotkliwie okaleczyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz