środa, 24 lipca 2013

1.

Przenosimy notki!
Akapity i rok zjadł smok!


Szczerze nienawidziłem Egiptu. Nie cierpiałem odrapanych, walących się domów, brudnych, ciasnych uliczek i zatłoczonych targowisk. Nie potrafiłem znieść unoszącej się wszędzie dusznej atmosfery przeszłości, monumentalnych grobowców pokrytych niezrozumiałymi dla mnie motywami, w których wciąż upatrywałem wskazówki, która pozwoliłaby wrócić mojemu bratu do współczesnego świata.
Od tego pieprzonego wypadku, w którym go straciłem, minęły dwa lata. Ci, którzy spowodowali to całe zamieszanie, wskazali tylko, gdzie najprawdopodobniej znajduje się Bill, po czym stwierdzili, że w żaden sposób nie mogą nam pomóc. Oczywiście nie uwierzyłem im. Na pewno musiało być jakieś wyjście. I chociaż z każdym dniem coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że nigdy już nie zobaczę mojego brata, coś wciąż gnało mnie do znienawidzonego Egiptu i kazało poszukiwać klucza do rozwiązania zagadki. Zaglądałem wszędzie, gdzie można było znaleźć obiekty pamiętające czasy starożytności. Odwiedzałem muzea, świątynie i grobowce, które mogły nosić ślad pobytu mojego brata. Niestety, nawet gdybym wpadł na jakiś trop, być może nie potrafiłbym go rozpoznać. Zawsze byłem beznadziejny z historii. Nigdy wcześniej nie sądziłem, że wiedza o ludziach, którzy żyli tysiące lat temu w dalekiej Afryce, może mi się kiedykolwiek przydać.
Dzisiejszy dzień spędziłem, przeszukując kolejny grobowiec. Ludzie często pytali mnie, czy nie boję się błądzić samotnie po opuszczonych korytarzach. To prawda, bałem się. Przerażały mnie skruszone zębem czasu mury, które w każdej chwili mogły się zawalić, zabłądzenie bez możliwości powrotu i… mumie. Były znienawidzonym koszmarem z dzieciństwa. Szkielety, pokryte wiotką, wysuszoną skórą i owinięte w zbutwiałe bandaże, wyciągające do mnie ohydne ręce, zakończone poczerniałymi paznokciami… Wzrygnąłem się ze wstrętem. Brzydziłem się mumii, ale byłem gotów zobaczyć ich nawet tysiąc, jeśli pomogłoby mi to odzyskać mojego małego braciszka.
Korytarz, którym wędrowałem już od dłuższego czasu, zwęził się. Jeszcze kilka kroków i moim oczom ukazały się spore drzwi. Wejście do grobowca. Pchnąłem je bez namysłu, nie przejmując się klątwami, którymi zapewne go obłożono. Moje życie i tak straciło swój sens dwa lata temu. Wkroczyłem do pomieszczenia i nie tracąc czasu na zbędne zachwycanie się, uważnie przyjrzałem się umieszczonym tam przedmiotom. Szukałem jakiegoś znaku, rzeczy, która powiedziałaby mi coś o losie Billa. Jednak w grobowcu nie znajdowało się nic, czego nie
zawierałyby inne wcześniej odkryte. Przedmioty codziennego użytku, biżuteria, trumna…
Trumna?!
Cofnąłem się jak oparzony. Znów przypomniałem sobie koszmar z dzieciństwa, kościste ramię wysuwające się spod lnianych bandaży… Chwilę później zauważyłem, że nie znajduję się już w grobowcu, ale na korytarzu. Zrobiło mi się wstyd. „Wejdziesz tam” – powiedziałem do siebie w myślach. „Wejdziesz tam, przełamiesz strach i dotkniesz tej pieprzonej mumii. Ten typ już dawno wącha kwiatki od spodu, co niby może ci zrobić?”. Na drżących nogach udałem się znów do komnaty i pochyliłem się nad zwłokami. Wyciągnąłem rękę, musnąłem ciasno splecione bandaże i szybko cofnąłem ją z obrzydzeniem. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze i to nie tylko dlatego, że było mi zimno… „Zmywam się stąd” – pomyślałem i odwróciłem się do wyjścia, ale nagle coś złapało mnie za przegub. Odwróciłem się i krzyknąłem głośno, widząc obrzydliwe palce z moich koszmarów, zaciskające się na moim nadgarstku. Zebrałem wszystkie swoje siły i wyszarpałem dłoń z żelaznego uścisku, po czym rzuciłem się do ucieczki. Dopiero gdy znalazłem się za zakrętem korytarza, zatrzymałem się, żeby odpocząć. Z niepokojem nasłuchiwałem, czy potwór mnie nie dogania, ale zewsząd otaczała mnie niepokojąca cisza. Po kilku długich minutach odetchnąłem z ulgą i wyśmiałem swoją głupotę. Naprawdę musiałem być bardzo zmęczony, skoro sobie ubzdurałem, że goni mnie mumia. Przecież takie sceny pojawiają się tylko w niskobudżetowych horrorach! Cała sytuacja była tak absurdalna, że zacząłem chichotać, gdy nagle śmiech zamarł mi na ustach.
Stwór zbliżał się do mnie powoli i nieubłaganie, choć trochę niezdarnie. Niespodziewanie, zaplątał się w nieco obluzowane bandaże i wylądował na posadzce. Nie mogąc się poruszyć, patrzyłem, jak się podnosi. Spojrzenie jego wyblakłych oczu skierowało się na moją twarz, a jego usta przemówiły słowami, których nigdy nie spodziewałem się od niego usłyszeć…
- Na co się tak gapisz, Tom? Bliźniaka nigdy nie widziałeś?
Zamarłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz