- Tom, dlaczego bawiłeś się w magika moim kosztem? – zapytał bliźniak, mrużąc oczy tak, że wyglądały jak dwie wąskie szparki.
- W magika? – Nie za bardzo wiedziałem, o co mu chodzi. A szkoda, bo bliźniak był wściekły, wyczuwałem to bez trudu.
- Kartonowe pudło, srebrne ostrze, David Copperfield… – Zaczął wyliczać Bill.
- „David Copperfield”? Co ma do tego książka Dickensa? – Zainteresowałem się.
- Nie książka! Jaka znowu książka?! Tom, ty w ogóle umiesz czytać? – Mój brat wykazał łagodne zdziwienie. – David Copperfield, ten iluzjonista! Czemu mnie wepchnąłeś do pudła próbowałeś pokroić?! Przecież wiesz, że z twoim talentem do… do… prawdę mówiąc, do czegokolwiek… na pewno byś mnie zabił! Wiesz, o ile uboższy byłby świat beze mnie? No dobrze, może to nie byłby aż tak duży ubytek, zważywszy na moją obecną postać…
- Bill! To nie było żadne ostrze, tylko łopata – powiedziałem, a potem westchnąłem przeciągle. Naprawdę powinni mi płacić za to codzienne użeranie się ze Smętkiem. Ale z drugiej strony… Nie wiem, co bym zrobił, gdyby on naprawdę odszedł, gdybym już nigdy nie miał usłyszeć jego głosu, nie poczuć jego ciepła…
- Łopata?! Nie dość, że mnie pochowałeś, to musiałeś jeszcze dobijać łopatą? – Bill zaczął wymachiwać rękami. Zawsze tak robił, kiedy się wściekał.
- Nikogo nie chciałem dobijać. – Kiedy to mówiłem, udało mi się zrobić unik przed jego rozpędzoną dłonią. Może jeszcze nie będę musiał umierać. – Po prostu chciałem zasypać twój… twój grób i nagle zacząłeś krzyczeć i ze strachu wypuściłem łopatę z rąk, wcale nie chciałem robić ci krzywdy!
- Grób? – Smętuś prychnął pogardliwie. – Grób to ja miałem w Egipcie! Wiesz, naprawdę się nie spodziewałem, że tak nisko cenisz własnego brata, że pochowasz go we własnym ogródku w kartonie po telewi…
- Po lodówce – wtrąciłem szybko, ale on wcale mnie nie słuchał.
-…dobrze, po lodówce! Bez grobowca, niewolników, zwierząt i modnych ubrań! No dobrze, wybaczyłbym, gdybyś łaskawie zadzwonił po zakład pogrzebowy i zamówił dla mnie marmurowy pomnik z rzeźbionym popiersiem, no i opisem moich zalet, no wiesz „wspaniały, piękny, mądry, piękny, niezastąpiony, piękny”… I to najlepiej wierszem sylabotonicznym, jakiś trzynastozgłoskowiec ze średniówką po siódmej sylabie… Bo siedem to liczba mistyczna!
- Bill… Ty naprawdę myślisz, że nie chciałem tego zrobić? – Zorientowałem się, że podnoszę głos, ale nie potrafiłem już się powstrzymać. – Nie rozumiesz, że żeby był pogrzeb, potrzebowałbym twojego aktu zgonu? Musiałbym zadzwonić po lekarza, a on pewnie zorientowałby się, że nie żyjesz już kilka tysięcy lat, mogliby cię zabrać do muzeum albo dorwaliby cię jacyś przeklęci naukowcy! Nie potrafisz tego pojąć?!
Bliźniak otworzył szeroko usta, a potem szybko je zamknął. Zupełnie jak złota rybka. No tak, często się przechwala swoją inteligencją, ale jak przyjdzie co do czego, nie potrafi zliczyć do trzech i muszę ratować mu tyłek. Jednak mimo wszystko nie potrafię się na niego długo gniewać. To mój ukochany brat, jedyny w swoim rodzaju.
- Chodź. – Objąłem go ramieniem i powoli ruszyliśmy w stronę drzwi wejściowych. Mojemy bratu należy się odpoczynek po tak wstrząsających przeżyciach. Mnie w sumie też. Przez ostatnie trzy noce prawie wcale nie spałem, leżałem tylko w łóżku, przewracając się z boku na bok i szlochając z tęsknoty za swoim małym braciszkiem. Uścisnąłem go mocniej i nagle sobie o czymś przypomniałem.
- Zaczekaj chwilkę – powiedziałem i pobiegłem do mojego pokoju. Szybko rozpiąłem torbę, której jeszcze nie zdążyłem rozpakować i wyciągnąłem przedmiot, który zabierałem ze sobą na każdą moją wyprawę do Egiptu.
- Spójrz – szepnąłem do brata i podałem mu czasopismo, wygniecione od ciągłego przeglądania. Data na stronie tytułowej wskazywała, że zostało wydane dwa lata temu. Z okładki uśmiechał się do nas szczupły chłopak o delikatnych rysach twarzy, dyskretnie podkreślonych makijażem. Ciemnobrązowe oczy, wąski nos i pełne usta. Te usta… Stworzone do całowania. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że wpatruję się w jego wargi jak zahipnotyzowany. Co we mnie wstąpiło? Tyle razy oglądałem to zdjęcie i nigdy nie zwróciłem uwagi na to, że mój brat jest taki śliczny. Chociaż może w tej sytuacji bardziej odpowiednie byłoby słowo „był”.
Odwróciłem wzrok od chłopaka z gazety i spojrzałem na prawdziwego Billa, który drżącymi palcami kartkował czasopismo, ukazując naszym oczom kolejne zdjęcia. Dziwne pozy, nietypowe ujęcia i ekscentryczne stylizacje. I wszędzie on, jego promienny uśmiech, błyszczące oczy i zgrabna sylwetka. To była jego pierwsza poważna sesja zdjęciowa. Miał szansę na wielką karierę, a teraz…
- Cały świat stał przede mną otworem – wyszeptał. Natychmiast pożałowałem, że pokazałem mu te zdjęcia. Nie chciałem, żeby był smutny.
- Nadal możesz wiele osiągnąć. – Próbowałem go pocieszyć, choć tak naprawdę nie miałem pojęcia, co bliźniak mógłby zrobić.
- Raczej… raczej nie. Bez mojej urody… chyba nie jestem wiele warty. – Głos zaczął mu się łamać. Zbliżyłem się do niego i objąłem go ramieniem.
- Nie gadaj bzdur. Jesteś bardzo wartościowym człowiekiem i nawet bez twojej ślicznej twarzyczki masz innym wiele do zaoferowania…
- Wcale nie. Tylko marudzę i marudzę, prawda? W końcu jestem Smętkiem. Gdybyś miał taką możliwość, od razu byś się mnie pozbył! – Po drżeniu jego ciała mogłem rozpoznać, że bliźniak płacze. Objąłem go mocniej i powstrzymując obrzydzenie, delikatnie pocałowałem go w policzek i szybko się oddaliłem. Chyba za szybko…
- Do czego to doszło! – Bliźniak zaczął wymachiwać rękami. Cholera, niedobrze. – Mój własny brat brzydzi się mnie dotknąć! Na pewno jesteś ze mną z litości! Pewnie załujesz, że się nie zabiłem trzy dni temu! Na pewno żałujesz! Po co komu taki brat jak ja? Och, oczywiście, muszę odzyskać urodę, szkoda, że nie zrobiłeś nic, żeby mi w tym pomóc! Ale zobaczysz jeszcze, sam dam sobie radę! – wypalił, po czym wybiegł z domu. Co on ma z tym uciekaniem?
Szybko podążyłem jego śladem. Ze zgrozą spostrzegłem, że Bill skierował się w stronę samochodu.
- Nie! – krzyknąłem, gdy zbliżył się do czerwonego auta. – Bill, nie rób tego!
Na szczęście moje przypuszczenia nie potwierdziły się. Mój brat wcale nie chciał dokończyć tego, co nie powiodło się trzy dni temu. Nie chciał popełnić samobójstwa. Bliźniak po prostu otworzył drzwi (skąd on, do jasnej cholery, miał kluczyki?) i władował się do środka. Pośpiesznie usadowiłem się obok niego. Nie pozwolę mu tak po prostu odjechać.
- Co ty robisz? I gdzie my w ogóle jedziemy?
Bliźniak nie odpowiedział, tylko przekręcił kluczyk w stacyjce. Otaczającą ciszę zakłócił ryk zbudzonego ze snu silnika.
- Och, to nic takiego. Muszę zadbać o nasze utrzymanie, skoro ty o tym nie pomyślałeś. Naprawdę nie wiem, co byś beze mnie zrobił. – Bliźniak zerknął w lusterko i zaczął cofać samochód tak gwałtownie, że prawie zakrztusiłem się śliną.
- Bill… Jesteś pewny, że potrafisz prowadzić? – Zaniepokoiłem się.
- Oczywiście, że potrafię. Chyba nie muszę ci przypominać, kto oblał, a kto zdał za pierwszym podejściem? – Zagryzłem wargi, ale nie odezwałem się ani słowem. – Niech ta kupa złomu chociaż raz się do czegoś przyda.
Z piskiem opon opuściliśmy przydomowy podjazd. Uświadomiłem sobie wtedy, że zapomniałem zamknąć drzwi wejściowych, ale zaraz przestałem o tym myśleć. Lubiłem szybką jazdę, ale nie niepotrzebną brawurę. Mojego brata chyba nie obchodziły żadne ograniczenia prędkości, do tego nie do końca potrafił zapanować nad autem. Samochód zataczał się, jakby był pijany (Samochód? Pijany? Chyba przez tą szaloną jazdę poprzestawiały mi się klepki!). Chociaż było jeszcze wcześnie, mieliśmy zapalone światła („Są takie ładne, kiedy się świecą! Dodają uroku tej kupie złomu!”). W każdym razie nie miałem pojęcia, dokąd zmierza bliźniak i jak długo jeszcze będę musiał znosić ten koszmar. Myślałem, że dostanę zawału, kiedy zobaczyłem przed nami zatłoczone przejście dla pieszych. Bill w ostatniej chwili zahamował ostro i samochód zatrzymał się dosłownie kilka centymetrów od „zebry”.
- Ma się to wyczucie – powiedział z dumą bliźniak. Dopiero wtedy mój organizm uprzytomnił sobie, że aby żyć, trzeba oddychać i odetchnąłem głęboko.
- Bill… Może zamienilibyśmy się miejscami? – Zaproponowałem nieśmiało, ale nie wywołało to oczekiwanej przeze mnie reakcji.
- Nie uważam, żeby to był najlepszy pomysł. Jesteś pewnie bardzo roztrzęsiony po ostatnich wydarzeniach, mógłbyś wjechać w drzewo albo potrącić jakąś sympatyczną staruszkę. Nie, ja będę prowadził, chyba nie chcesz stracić tej kupy złomu, prawda?
Westchnąłem i przygotowałem się psychicznie na dalszą jazdę. Oczywiście, jeśli można się przygotować na tak straszne przeżycie.
Później było jeszcze gorzej. Ignorując zakaz wjazdu, dostaliśmy się na drogę jednokierunkową. Bill brawurowo wymijał nadjeżdżające z drugiej strony auta, zupełnie nie zwracając uwagi na dźwięk klaksonów i płynący w naszą stronę strumień wyzwisk.
- Ale prostacy z tych dzisiejszych kierowców. Nie potrafią przyjąć do wiadomości, że ktoś ma ładniejszy samochód od nich i lepiej prowadzi. Ludzie to okropni zazdrośnicy.
Nie zwracając uwagi na tabliczkę z napisem „Objazd”, skręciliśmy w prawo. Poczułem, że serce podchodzi mi do gardła, gdy zobaczyłem, jak od maski odskakują porozstawiane na drodze pachołki, a my sami zmierzamy w stronę mostu… Remontowanego mostu. To znaczy takiego, który urywa się w połowie.
W akcie desperacji szarpnąłem za hamulec.
- Tom, co ty…
Samochód zatrzymał się. Koła dzieliły od przepaści dosłownie milimetry.
- Sporo się tu pozmieniało przez te dwa lata – wymamrotał brat z głupią miną.
- To co, dasz mi prowadzić? – Uśmiechnąłem się do niego najładniej, jak potrafiłem.
- Chciałbyś – prychnął i zaczął powoli cofać. Cóż, pozostało mi tylko zacisnąć zęby i jakoś wytrzymać.
- Może chociaż powiesz mi, dokąd jedziemy? – Zaryzykowałem pytanie, gdy znów mknęliśmy zygzakiem po rondzie.
- Jak to dokąd? Do laboratorium, po odszkodowanie. I pomyśleć, że sam muszę to wszystko robić. – Nadąsał się.
Dalsza droga minęła bez przygód, chyba że liczy się ominięcie korka przez chodnik i jazda po deptaku. Kiedy dotarliśmy do budynku, w którym odbyły się eksperymenty, odczuwałem ogromne zmęczenie i jednocześnie wielką ulgę. Przeżyłem! I nie zamierzam nigdy więcej narażać mojego życia na takie niebezpieczeństwo.
- Znowu tutaj jesteśmy! – zaświergotał brat tuż przy moim uchu, jakby nie wiedział, jak wiele złych wspomnień wiąże się z tym miejscem. – Pomyśl, być może ci ludzie będą potrafili mi pomóc i już dziś będę znowu piękny!
- Nie potrafili sprowadzić cię z powrotem. Niby jak mogliby teraz zwrócić ci urodę? – Wtrąciłem ponuro. Bill jednak wcale nie tracił dobrego humoru.
- Przestań narzekać! Nazywasz mnie Smętkiem, a sam wcale nie jesteś lepszy. Wszystko widzisz w czarnych barwach, nic ci się nie podoba. Cóż, rodziny się nie wybiera. – Dodał kąśliwie. Wiedziałem, że nie mówi szczerze, ale i tak zabolało. Wolałbym jednak, żeby nie wiązał z tym miejscem tak wielkich nadziei, wtedy rozczarowanie nie byłoby tak bolesne.
Podążyliśmy żwirowaną ścieżką wzdłuż wysokiego, białego parkanu. Minęliśmy tabliczkę z napisem „TEREN PRYWATNY. WSTĘP WZBRONIONY” i dotarliśmy do bramy. Okolica była niepokojąco cicha. Najchętniej wróciłbym do domu i nie oglądał tego miejsca już nigdy więcej, ale Bill był innego zdania. Nacisnął guzik domofonu po czym zaczął zwierzać się na temat swoich paznokci. Kiedy już osoba po drugiej stronie miała się rozłączyć, prędko podał swoje imię i nazwisko. To wystarczyło. Brama została otwarta i mogliśmy wkroczyć na teren ośrodka.
Nie wyglądał zbyt interesująco. Toporna, biała bryła, otoczona równo przystrzyżonym trawnikiem i nielicznymi klombami. Nikt nie kręcił się wokół budynku, tylko kilka samochodów na prywatnym parkingu wskazywało, że ktokolwiek przebywał tam w tej chwili. Nie mogłem jednak dokładniej przyjrzeć się otoczeniu budynku, bo brat niecierpliwie pociągnął mnie w stronę wejścia.
W ciągu tych dwóch lat praktycznie nic się tu nie zmieniło. Bliźniak bez trudu znalazł drogę do pomieszczenia, w którym próbowaliśmy zmierzyć się z czasem. Znaleźliśmy się tu po raz pierwszy, ponieważ potrzebowaliśmy pieniędzy. Ja właśnie straciłem pracę, zdjęcia Billa nie wzbudzały wtedy żadnego zainteresowania. Ogłoszenie znaleźliśmy w gazecie. Potrzebowali osób do nietypowego eksperymentu. Płacili naprawdę sporo, a my mieliśmy wiele niezapłaconych rachunków, mógł nawet wkroczyć komornik. Praca nie była trudna, robili nam różne badania… Później mieliśmy podróżować w czasie. Mieliśmy, bo pierwsza i zarazem jedyna próba zakończyła się niepowodzeniem. Straciłem bliźniaka na ponad dwa lata. Otrzymałem oczywiście ogromne odszkodowanie, ale ono nic nie znaczyło w porównaniu z brakiem mojego małego braciszka. Większość pieniędzy wydałem na podróże do Egiptu. Ta, z której powróciliśmy, miała być moją ostatnią. Brakowało mi już funduszy, powinienem podjąć pracę, chociaż coraz częściej myślałem o popełnieniu samobójstwa, w końcu straciłem brata i nic mnie już tu nie trzymało. Powrót bliźniaka sprawił, że moje życie odzyskało swój sens. Gdybym tylko mógł uczynić go szczęśliwym…
Pokonaliśmy jeszcze dwie kondygnacje, aż dotarliśmy na trzecie piętro. Od tego szaleńczego biegu dostałem zadyszki, ale bliźniak ani myślał puścić mojego rękawa. Nadal uważałem, że przyjeżdżanie tutaj nie miało sensu, ale teraz, gdy już dotarliśmy do ośrodka, moje zdanie nie miało już znaczenia. Zaskoczyło mnie to, że bliźniak wciąż wiedział, jak poruszać się w tym labiryncie korytarzy i zawsze wybierał odpowiednią drogę. W końcu, zanim zdążyłem się na to psychicznie przygotować, bliźniak nacisnął klamkę i znów trafiliśmy do pokoju, w którym wydarzyło się tak wiele. Co prawda machina czasu znajdowała się w zupełnie innym pomieszczeniu, ale to tutaj nas skierowano, gdy przyszliśmy do ośrodka w sprawie pracy.
Nic się tutaj nie zmieniło. Ten sam duży, biały stół, pastelowe, zielone ściany, szerokie, nowe okno zakryte do połowy roletami. Tylko jednego tutaj brakowało. Nie było tu ludzi.
Kiedy przybyliśmy do ośrodka, nad podróżami w czasie pracował cały zespół specjalistów, czy też może „Świrów”, jak zwykłem ich nazywać. Teraz wszystkie krzesła były puste, a blat stołu lśnił, niezakryty przez notatki i arkusze. W pomieszczeniu przebywał tylko jeden mężczyzna, ale to, co miał przed sobą, nie przypominało zapisu rezultatów badań, ale jakieś poczytne czasopismo. Wygląda na to, że po pierwszej porażce zespół poszedł w rozsypkę. Chciałem opuścić pomieszczenie, zanim on nas zauważy, ale Bill pokrzyżował mi plany.
- Co się tutaj dzieje? Gdzie są wszyscy? – Nie czekając na odpowiedź, kontynuował. – Właśnie teraz, kiedy są mi potrzebni, musieli wyjść sobie na kawę albo cholera wie, gdzie! To jest lekceważenie! Tak! To lekceważenie człowieka, który doznał ogromnej tragedii i domaga się zadośćuczynienia! Spójrz tylko! – Bliźniak ściągnął rękawiczkę i zbliżył dłoń do twarzy nieznajomego, która nagle niepokojąco pobladła. – Tak! To są szpony! SZPONY! Czy tam pazury! Ohydne szpony! Moje biedne paznokietki przez was cierpią! Jak one muszą się czuć, gdy inne paznokcie spoglądają na nie z pogardą i z obrzydzeniem? To dla paznokci ważne, żeby zdobyć uznanie we własnej społeczności! Celem życia paznokcia jest akceptacja! I przez was moje paznokcie zachorują na depresję i popełnią samobójstwo, skacząc z da… – Tu chyba zauważył, że za bardzo się zagalopował, bo szybko się zreflektował. – No, pakując się pod nożyczki. Straszne! – Wzdrygnął się, a zaraz po nim zrobił to mężczyzna, którego twarz lekko pozieleniała. Musiałem szybko zareagować, żeby biedak zaraz nie dostał zawału.
- Bill, odpuść, proszę. Mógłby pan nam wyjaśnić, co się tutaj stało?
Dopiero teraz zauważyłem imię, wypisane na identyfikatorze. Fabian. Brzmi znajomo. Pewnie mieliśmy z nim styczność dwa lata temu. Cóż, tym projektem zajmowało się wiele osób, to normalne, że nie byłem w stanie spamiętać wszystkich Świrów.
Zamiast udzielić odpowiedzi na moje pytanie, Fabian drżącą ręką pokazał na Billa.
- To naprawdę on? – wyjąkał zdumiony.
- Niestety tak. Sam nie mogłem w to uwierzyć. – Westchnąłem z rezygnacją.
- Taaak, to ja. – Ups! Chyba zdenerwowałem Smętka! – I właśnie po to tu przyszliśmy. Żebyście to naprawili.
- Obawiam się, że nie ma żadnego „żebyście” – powiedział ostrożnie Fabian. Chyba widok szponów Billa wywarł na nim duże wrażenie. – Po tym… wypadku sprzed dwóch lat, zespół rozwiązano. Wehikuł czasu miał zostać zniszczony. Ale tak naprawdę nigdy nie porzuciliśmy tego projektu. Zostałem tutaj, żeby czekać na was, razie gdyby Bill powrócił, to dałoby szanse na dalsze prowadzenie badań. Ale nie spodziewałem się, że wrócisz w takiej postaci.
- Też się tego nie spodziewałem – wymamrotał gniewnie Bill. – Dlatego… Dlatego musicie to naprawić! Skoro umiecie przenosić ludzi w czasie, możecie też mnie upiększyć? Możecie, prawda?!
- Raczej… Raczej nie – wyjąkał nasz nowy znajomy, przezornie wycofując się w stronę drzwi. – Nie znamy się na chirurgii plastycznej, ale mogę polecić…
- Nie chcę, żeby mi wstrzykiwali jakiś botoks czy wypchali silikonem! Ja chcę być znowu ładny! Taki jak kiedyś! O, wiem! – Trochę się zmartwiłem. Z „dobrych pomysłów” bliźniaka zawsze potem wynikały jakieś kłopoty. – Nie zniszczyliście tej machiny czasu, prawda? Ukryliście, ale nie zniszczyliście, prawda? – Jedno spojrzenie na twarz Fabiana i obaj wiedzieliśmy, że to prawda. – Mój pomysł jest taki: cofnijcie mnie w czasie o te dwa lata. Ja będę piękny, a wy nie będziecie musieli jeszcze umierać. Proste i klarowne, prawda?
W sumie to nie była taka zła propozycja, jak się tego spodziewałem. Przeniesiemy się wstecz, Bill będzie znowu piękny, a mnie ominą dwa lata cierpienia. Chociaż…
- Bill, twój plan ma jeden mankament. – Kiedy zobaczyłem rozpromienionego brata, pożałowałem, że zaraz zetrę uśmiech z jego twarzy. Ale nie było innego wyjścia, ja musiałem, po prostu musiałem go ostrzec. – Jeśli cofniesz się w czasie, nie będziesz wiedział, co może cię spotkać, rozumiesz? Nie będziesz wiedział, że możesz utknąć w Egipcie… i znowu przeniesiesz się w czasie, i znowu będę cię szukał, i znowu staniesz się mumią…
- Nie podoba mi się to, ale muszę przyznać ci rację – wymruczał naburmuszony bliźniak. – Ale… Co ja mam zrobić? Nie chcę być potworem! Życie bez włosów, paznokietków i moich białych ząbków… jest takie puuuste!
Bill zaczerpnął powietrza, żeby podjąć dalsze wywody, ale przerwał mu blady jak ściana i słaniający się na nogach Fabian.
- Mówicie, ile chcecie! – krzyknął, drżącymi dłońmi wyciągając książeczkę czekową. – Weźcie to, idźcie stąd w cholerę i nigdy, ale to nigdy nie wracajcie!
Nagryzmolił coś na bloczku drżącą dłonią, oderwał kartkę, wepchnął mi ją do ręki i prawie wypchnął nas za drzwi. Może to i dobrze. Nienawidziłem takiej napiętej atmosfery.
Nagle poczułem, jak bliźniak znów szarpie mnie za rękaw.
- Co ty robisz?
- Jak to co? – Bliźniak pomachał mi czekiem przed oczami. – Jedziemy na zakupy! Muszę się jakoś pocieszyć po tych dzisiejszych rewelacjach. – Dodał kwaśno.
- Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem – odpowiedziałem wreszcie.
- Jakim? – Zaciekawił się mój brat.
- Tym razem pozwolisz mi prowadzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz